środa, 18 października 2017

Tarta puttanesca

Ostatnio był przepis z państwa gdzie makaron trafił w Średniowieczu. Teraz będzie z tego, do którego trafił zaraz po tej epoce naukowego uwstecznienia. Co prawda delikatnie zmodyfikowana, bo ile można podawać makaron z pomidorami. Tym razem spaghetti puttanesca posłużyło jako wypełnienie do tarty i tak powstała tarta puttanesca.
Nazwa dość kontrowersyjna, bo w dosłownym tłumaczeniu puttanesca oznacza bardzo brzydkie słowo. Na tyle kontrowersyjna, że nie będziemy tego tłumaczyć. Zresztą pewne rzeczy przetłumaczone brzmią głupio, vide - hot-dog.
Jak na ciekawą nazwę przystało,  ma ona niejedną genezę. Każda tak samo prawdziwa niczym kot Schrödingera.
  • Jedna mówi o pewnym restauratorze, do którego przyszli bardzo głodni ludzie. Byli tak bardzo głodni, że poziom swojego głodu określali wyrazem innym i znacznie mocniej brzmiącym niż "bardzo". Restaurator miał mało składników i stworzył taki sos, który potem został nazwany na cześć synonimu słowa "bardzo".
  • Kolejna mówi o zazdrosnej kobiecie, która wylała wymieszane resztki na stojące pod oknami prostytutki, używając przy tym w stosunku do nich wulgarnych określeń.
  • Jeszcze inna, złośliwa wersja, jest taka, że swoją nazwę potrawa zawdzięcza temu, że jest w niej wszystko tak jak w dziewczynach określanym mianem puttana.
  • Ostatnia tutaj, ale nie ostatnia w ogóle jest bardzo prozaiczna. Miało to być ulubione szybkie danie dziewczyn w przerwach pomiędzy klientami.
Niewątpliwie ilość hipotez była bezpośrednio związana z tym, że prostytucja jest zjawiskiem co najmniej ciekawym, a często pożytecznym. Wiedza na temat tego ile małżeństw uratowało, jest dostępna głównie psychiatrom i samym beneficjantom, że nie wspomnę o tym w ilu służy za fundament.
Ja osobiście nigdy nic złego o tych kobietach nie mogłem powiedzieć. Co prawda nie mam jakiegoś doświadczenia w kontaktach z przedstawicielkami tego zawodu, nie licząc tych, które do takich aspirowały, ale nie mam nic przeciwko i nie uważam ewentualnych kontaktów tego typu za nic złego, niezależnie od strony, która bierze w nich udział. Najbardziej podoba mi się, że są szczere. Kiedy babcia/mama (niepotrzebne skreślić) mówi do dziewczyny żeby dobrze wyszła za mąż, najlepiej za lekarza (ostatnio niepopularne) albo prawnika, to przecież przedstawicieli tych zawodów nie cechuje nadmierna dobroć charakteru w porównaniu do, dajmy na to, bibliotekarza lub pracownika produkcji :) Wszystko w zasadzie sprowadza się do wspólnego mianownika, który rządzi światem. Różnica jest taka, że przedstawicielki najstarszego zawodu mają odwagę przełamać się na tyle, żeby powiedzieć otwarcie czego chcą, bez owijania w bawełnę jakimiś tandetnymi romantycznymi słówkami, nie zmuszając też do używania owych przez stronę przeciwną, bo sama zapłata w zupełności im wystarczy. No i jak tu ich nie szanować w czasach kiedy szczerość jest na wagę złota ? :) 

Składniki:
- 2 szklanki mąki
- pół szklanki wody
- 1/4 kostki margaryny

- pół paczki makaronu Lubella Pełne Ziarno Spaghetti
- koncentrat pomidorowy
- czosnek granulowany
- chilli
- opakowanie zielonych oliwek
- olej


Wykonanie:
Margarynę, mąkę i wodę ugniatamy razem i odstawiamy tak powstałe ciasto do lodówki na godzinę.
Makaron gotujemy według opisu na opakowaniu. Z koncentratu i małej ilości wody robimy sos. Dodajemy trochę oleju, żeby sos był dość tłusty co spowoduje, że nie będzie nam wysychał podczas pieczenia. Dodajemy oliwki i doprawiamy za pomocą czosnku i chilli. Mieszamy z ugotowanym makaronem.
Formę do tarty wykładamy ciastem i wkładamy do nagrzanego na poziomie 200 stopni Celsjusza piekarnika na około 15 minut. Wlewamy do formy nasze spaghetti i pieczemy jeszcze 10 minut.


Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu


czwartek, 12 października 2017

Yakisoba pan

Co do tego kto wymyślił makaron zdania są podzielone, bo o pierwszeństwo kłócą się Chińczycy i Koreańczycy. Pewne jest natomiast, że było to kilka tysięcy lat przed naszą erą, jak i to, że kilkaset lat po jej rozpoczęciu trafił on do Japonii, która szczyci się tym, że go dopracowała. Tak w istocie jest, gdyż makaron, który znamy jest bliższy właśnie temu japońskiemu. 
W każdym razie taka forma mąki z wodą spodobała im się tak bardzo, że podawali go w różnych formach, w tym smażoną. Dodatki bywały różne. I tak to było 1500 lat, aż w latach 50-tych poprzedniego stulecia, kiedy zaczęła się era ludzi żyjących w ciągłym biegu, a gotowe dania i uliczne jedzenie stopniowo zaczęły wypierać jedzenie gotowane w domu, wymyślono taką formę, aby można było ją zjeść na ulicy, nie marnując czasu na siedzenie przy stole.
Smażony makaron wsadzono w bułkę, zresztą bardzo typowy dodatek dla kuchni wietnamskiej.
Przepis specjalnie na konkurs.Podaję przepis bardzo podstawowy (kryzysowy), ale co tam dorzucicie, to już Wasza sprawa.

Składniki:
- makaron Lubella Pełne Ziarno Spaghetti
- kiełki
- coś co zrobi nam za sos - może to być musztarda, ketchup, starte jabłka, sos sojowy, a nawet przyprawa do zup - spotyka się różne wersje
- długa bułka

Wykonanie:
Makaron gotujemy. Jak chcemy możemy sobie go połamać na pół.
Na dużej ilości oleju podsmażamy kiełki. Dodajemy makaron i krótko smażymy. Dodajemy nasz ulubiony sos i jeszcze chwilę smażymy ciągle mieszając. 
Bułkę rozkrajamy na pół i umieszczamy w niej makaron.



Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu

czwartek, 5 października 2017

Hot dogi z Mont Saint-Michel

Ostatnio pisałem o inspiracjach kulinarnych jakie dopadły mnie w Normandii. Dlaczego zatem ten skrawek ziemi wsunięty w morze, który mam Wam zamiar przedstawić zasłużył na osobny wpis? Dlatego, że sprawa jego przynależności nie jest taka prosta. Teoretycznie leży na terenach Normandii, a przynajmniej na terenach, które w myśl współczesnego podziału administracyjnego nazywają Normandią. Bretania uważa, że, z racji pierwotnych granic, ta góra jest ich, a w najlepszym wypadku leży na granicy. Stąd można tam spotkać herby zarówno jednej jak i drugiej krainy. Właśnie dlatego uznałem, że zasługuje to na osobny wpis. Oczywiście spotkałem tam też bardzo ciekawe danie.

Mont Saint-Michel albo Góra Świętego Michała, to dość osobliwe miejsce. Jest to miasto wybudowane na górze. Mało tego, góra jest otoczona morzem. Przyznajcie szczerze, że prezentuje się wspaniale. Zrobione podczas odpływu :)


Podobno pewnemu biskupowi ukazał się anioł, który powiedział mu, że ma wybudować na górze świątynię. Biskup go olał więc anioł użył środków przymusu - zrobił mu dziurę w głowie. Również podobno, pochowany jest tam sam Juliusz Cezar. 
W każdym razie świątynia się rozrosła, potem był tam klasztor z małym miasteczkiem, które po otoczeniu go murami nabrało znaczenia strategicznego. 
Kiedyś można było dojechać samochodem pod samą bramę, ale zdarzało się, że ktoś zapomniał o przypływie i z samochodem robił się problem. Obecnie auto można zostawić na parkingu, a do murów podwiezie nas darmowy autobus. W ekonomii nie ma nic za darmo (tzn. jest, ale niewiele :) ), dlatego i autobus nie do końca darmowy, bo za parking zapłaciłem 12 euro, a nie bardzo jest gdzie indziej zaparkować. 
Sam autobus to bardzo ciekawa konstrukcja. Pomijając kwestie wizualne - drewniane obicia - to jest bardzo praktyczny. Droga jest wąska wiec kierowca nie ma jak zawrócić. Przesiada się do szoferki znajdującej się po drugiej stronie jak w szynubusach. Drzwi też są po obu stronach.


Pomimo, że co 3 minuty jeździły takie wehikuły, turystów z syndromem z nad Morskiego Oka nie brakowało i część decydowała się na przyczepy z zaprzęgiem konnym, bo bryczkami bym tego zdecydowanie nie nazwał :)

Samo miasto, do którego wstęp jest darmowy zachowało swój średniowieczny charakter. Widzimy to już przy bramie.


Idąc dalej spotykamy charakterystyczne wąskie uliczki upstrzone sklepami. Ta Grande Rue czyli Ulica Główna jest tam najszersza :)
Przy okazji. Tamtejsze gofry nie są tak dobre jak nasze. W ogóle nie są chrupiące i smakują sodą. Natomiast pachną tak samo. Po ugryzieniu jest szok :)


Wyżej już jest tylko lepiej.


Na samym szczycie leży kościół, który ciut się rozrósł od X wieku :) Niestety zmienił styl. Dlaczego piszę niestety? Kiedy podróżowałem po Normandii widziałem wiele małych, starych kościołów romańskich. Ten styl w budownictwie charakteryzował się tym, że ołtarz był zwrócony na wschód. Jest to bardzo istotne dla podróżnika. Osobiście orientowałem się za ich pomocą kilka razy. Natomiast najważniejszą cechą tego stylu była jego wartość użytkowa. Tak stworzone budynki, z grubymi masywnymi ścianami i małymi oknami, miały wartość obronną. Późniejszy gotyk to już styl wybitnie ozdobny. Wizualnie majstersztyk, ale jedynym jego celem było pokazanie jaki Bóg jest wielki, a jaki człowiek mały.
Na zdjęciu winda towarowa.


Widok z góry również imponujący. Tam daleko dochodzi woda podczas największych przypływów, których terminy są oznaczone na tablicy informacyjnej.


Tak ładnie, że nawet gargulce nie są straszne.


Poszła fama, że kręcono tam serial Gra o Tron. Tak naprawdę to nie kręcono, ale kto by się przejmował prawdą skoro plotka tak dobrze brzmi. W każdym razie miejscowi to wykorzystali i możecie kupić zbroję królewskiego gwardzisty z wyżej wymienionej serii. Jak to mawiał pewien znany kulawy podrywacz, nauki którego przyswaja sobie każdy szanujący się polityk. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.


Spotkałem tam bardzo ciekawe danie. Hot dog z frytkami, ale nie osobno, tylko w środku. Frytki to bardzo francuski dodatek. Do tego stopnia, że ich angielska nazwa to french fries. Jak sama nazwa wskazuje zostały wymyślone w Belgii :) Połączenie dość niespotykane, bo fuzja amerykańsko-francuska. Dziwne o tyle, że te kraje nie przepadają za sobą, co było widoczne np. podczas kryzysem Francja - NATO, a ostatnia awantura na Bliskim Wschodzie wcale tego nie poprawiła. Tym bardziej danie zasługujące na uwagę.

Składniki:
- bułka
- ziemniaki
- jakaś parówka


Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, kroimy na frytki i smażymy na oleju.
Parówkę kładziemy na frytki, żeby się podgrzała. Dzięki temu nie musimy uruchamiać dodatkowego garnka.
Bułkę przekrajamy, kładziemy do środka frytki a na nie parówkę. Podobno frytki najlepiej smakują w komplecie tzw. świętej trójcy. Z belgijskim piwem i majonezem. Piwo sobie przywiozłem, a majonezu nie dałem do przepisu, bo drogi :)

Wiem, że ładnie, ale woda potrafi tam się podnieść od stanu najniższego nawet o 15 m. Także radzę szybko się zmywać, tym bardziej, że licznik na parkingu tyka :)


wtorek, 26 września 2017

Wakacje w Normandii i przepis na hachis parmentier

Jak to ostatnio w pewnym teleturnieju, znanym głównie z dobrych dowcipów, było, statystycznie cały rok czekamy głównie na wakacje. Ja z moich właśnie wróciłem. Jako, że jestem jeszcze młody i mam całkiem pokaźne zasoby energii spędzanie czasu w jednym miejscu imprezując, nie należy do moich ulubionych form spędzania czasu dlatego zazwyczaj nastawiam się na zwiedzanie. W tym roku wybór padł na Normandię.
To taki skrawek ziemi, który obecnie należy do Francji, a swoją nazwę zawdzięcza imigrantom z północy, którzy się tam osiedlili i zasymilowali. Głównie znany z największej operacji wojskowej wszech czasów, która utworzyła front zachodni w 1944 roku. 

Krajobraz jest typowo rolniczy, przy czym głównie są to pastwiska. Cały usiany żywopłotami. Przy czym bardzo gęstymi, niejednokrotnie robiącymi za ogrodzenie. Była to zmora alianckich czołgistów, gdyż w takim miejscu bardzo łatwo było ukryć zasadzkę.


Niemców już nie ma za to są inne zasadzki czyhające przy drogach. Fotoradary. Ma tu miejsce regularna wojna pomiędzy rolnikami a radarami. Swego czasu, przy okazji protestów były one wyrywane przy pomocy traktorów. Co doprowadziło do tego, że należało, wzorując się na Niemcach, wymyślić takie modele, które wyglądają jak małe bunkry. Co nie oznacza, że te też nie są zamalowywane lub zaklejane workami :) 


Kierowcy są bardzo kulturalni i jeżdżą bezpiecznie. Miła odmiana od Niemców, którzy uwielbiają zmieniać pas w ostatniej chwili. Francuzi rzadko używają kierunkowskazów przy zmienia pasa, natomiast robią to kiedy chcą zasygnalizować, że będą się wpychać. Wpychanie to nieodłączny element jazdy po tych drogach. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni, uważni, bo nikomu nie opłaca się stłuczka. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest wyprzedzanie na włączonym kierunkowskazie. Wzięło się to stąd, że kiedyś taki migacz był okolicznością łagodzącą przy zdjęciu z fotoradaru jako tylko chwilowe przyspieszenie potrzebne do bezpiecznego wyprzedzania. Bardzo ciekawym rozwiązaniem są znaki przypominające. Czyli co jakiś czas mamy znak z ograniczeniem prędkości z dopiskiem RAPPEL, gdybyśmy mieli wątpliwości co do tego jakie ograniczenie obowiązuje. Bardzo istotne zwłaszcza dla turystów :)

Domy na wsiach są zbudowane głównie z kamienia, branego z wielu okolicznych kamieniołomów.


Od czasu do czasu spotyka się małe zameczki, których jest tutaj mnóstwo. Jest ich tyle, że w żaden sposób się ich nie wyróżnia ani drogowskazami, ani oświetleniem.


Czasem zdarzają się większe, jak ten w Falaise, w którym mieszkał Wilhelm Zdobywca. Zasłynął tym, że najechał Anglię. Kiedyś chciał poślubić swoją kuzynkę, ale była niedostępna, to przeciągnął ją za włosy przez miasto. Takie umizgi zostały docenione, ale nie przez kościół, który nałożył na niego ekskomunikę. Przestali się dąsać dopiero jak wybudował im dwa klasztory.


Czasem zamki używa się również współcześnie, jak w tym w miejscowości Alencon było do niedawna więzienie. Zabrakło miejsca więc zbudowali większe.



Normandia to przede wszystkim teatr działań wojennych, dlatego takie przydrożne ozdobniki nie należą do rzadkich.


Normandia to też kraina serów. Jest ich tu wiele, ale do najsłynniejszych należy Camembert. W tej wiosce na wzgórzu jest tylko kościół i 5 innych zabudowań.


Stał się taki słynny za sprawą tej pani Marie Harel, która skorzystała na tym, że mnich, który podpisał klauzulę sumienia ukrywał się u niej przed władzami, zdradził jej przepis. Ma kilka pomników głównie w Vimoutiers.


Jak pisałem większość atrakcji ma charakter militarny. Nawet Polacy mają tu dowody uznania, a to za sprawą 1 Dywizji Pancernej generała Maczka, która tak dała się Niemcom we znaki, że zyskali przydomek Czarne Diabły lub Polnische SS. Czołg poniżej znajduje się na miejscu ich najsłynniejszej bitwy. Bardzo popularny model Shermana jeśli chodzi o kultowe filmy wojenne.


Kolejnym wartym do odwiedzenia miejscem jest muzeum spadochroniarzy w Sainte-Mere-Eglise w, gdzie na kościelnej wieży wisi spadochroniarz na cześć Johne Steele, który zawisł na nim podczas desantu. Sam spadochroniarz przeżył, choć na dole była prawdziwa jatka, bo ta część desantu spadła prosto na pozycje niemieckie.


Samo muzeum ma budynki w kształcie spadochronowych czasz. Nie jest złe choć szkoda, że nie można wejść do samolotu. Można za to do połowy samolotu, gdzie można poczuć się jak spadochroniarz. Jest tam mała symulacja skoku.


Nieopodal jest jedna z plaż, na których lądowali Alianci - Utah. Na zdjęciu memoriał z łodzią desantową Higginsa.


Jednak najbardziej znana plaża jest trochę dalej. Plaża Omaha. Miejsce znane szerszej publiczności z gry Medal of Honor, a jeszcze szerszej z filmu Szeregowiec Ryan. Tu a siły alianckie doznały największych strat. Możecie sobie zmierzyć czas ile Wam wyjdzie od wody do umocnień, ale ile to nie będzie, będzie to za długo.


Możecie tam podziwiać zadziwiająco wytrzymałe konstrukcje.


W jej okolicy jest, moim zdaniem, najlepsze muzeum związane z tym tematem. Z kilkunastoma dioramami, gdzie wykorzystane są prawdziwe rekwizyty.
Plaża, na której widać miny przymocowane na palach. Podczas przypływu pale byłyby pod wodą i łódki wpłynęłyby prosto na miny. 


Oraz na przykład podstawowy czołg armii niemieckiej PzKpfw IV. Nie, nie wszyscy jeździli Tygrysami, tych była mniejszość.



Wbrew temu co sądzą ci, którzy nie chcą walczyć i podpuszczają do tego innych, wojna to nie jest przyjemna sprawa. Żeby Wam o tym przypomnieć, koło muzeum jest bardzo osobliwe miejsce. To na zdjęciu to jakieś 10 % całości.


 Jeśli miałbym Wam polecić tylko jedno miejsce lądowania to, ze względów estetycznych byłby to Pointe du Hoc. Kto grał w Call of Duty ten wie, kto nie to powiem, że wysłano tu żołnierzy żeby wspięli się na klifie i zdobyli działa, przy czym w cale nie przeszkadzało to, że dział już tam nie było. W końcu to tylko żołnierze. Miejsce urokliwe nie tylko dzięki kraterom, które powstały podczas ostrzału.


Ale i klifom o wysokich walorach estetycznych.


Tyle o wojnie. Jeśli nie interesują Was klimaty militarne to koniecznie musicie odwiedzić Honfleur. Miasto wygląda jak z filmu o piratach.


bardzo charakterystyczne są tam płytki na ścianach, które chroniły je przed działalnością słonej wody.


Urodził się w nim kompozytor Erik Satie. Może nazwisko Wam nic nie mówi, ale jego Gymnopedie 3 słyszał chyba każdy. Na zdjęciu porównanie dwóch typowych form lokalnego budownictwa. Kamień oraz belka i glina.


Jednak to nie Honfleur jest prawdziwą atrakcją okolicy. Trzeba pojechać dalej przez most na Sekwanie do niedalekiego Etretat, gdzie słynny malarz impresjonista Claude Monet uwierzył w siebie i wiele razy malował ten sam klif.
Przejazd przez most jest płatny, ale warto. Nawet nie tylko dlatego, że ładne widoki, ale jadąc na około wydamy więcej :)


Na miejscu możemy zająć jedną z wielu wspaniałych miejscówek na piknik i podziwiać klif, który tak urzekł Moneta. 
Swoją drogą wiąże się z nim ciekawa legenda. Słynny złodziej Arsen Lupin ukrył tam swój skarb. Nikt by może w to nie wierzył gdyby nie to, że ten książkowy bohater był wzorowany na anarchiście o nazwisku Alexandre Jacob.
Za tą "dziurką" jest sekretna plaża, na którą można się dostać tylko podczas odpływu.


Największą zaletą tego miejsca jest to, że każdy znajdzie coś dla siebie. Są ładne widoki, plaża, a także turystyczne szlaki gdzie trzeba się trochę powspinać jak w górach. Zbieracze morskiej kapusty też nie będą zawiedzeni.


Skoro już o Monecie mowa, to w Giverny jest dom, w którym spędził ostatnie lata swojego życia. Żeby miał co malować urządził sobie tam niesamowity ogród. Choć mnie najbardziej urzekła kuchnia :)


Najciekawsza jest druga część, do której dochodzi się tunelem, również stworzonym przez Moneta. Jest tam ogród japoński z mostkami, laskami bambusowymi i nenufarami. Swego czasu okoliczna ludność protestowała, bo wkręcili sobie, że te wszystkie egzotyczne rośliny zatrują okoliczną wodę. Śmieszyło mnie to dopóki sobie nie uświadomiłem, że w podobne rzeczy ludzie wierzą również teraz.


Hachis parmentier

I tak dochodzimy do przepisu. Swego czasu we Francji ziemniaki były używane głównie po to, aby karmić nimi świnie. Tą sytuację odwrócił dopiero niejaki Antoine Permentier, który oprócz walorów odżywczych, odkrył również lecznicze właściwości tego warzywa. Rozpropagował on ten przepis. U mnie w wersji z bardzo typową dla francuskiej kuchni zieloną soczewicą oraz z dynią maślaną, którą dostałem :)

Składniki:

- ziemniaki
- zielona soczewica
- cebula
- dynia


Ziemniaki i dynię obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy. Przy czym polecam osobno, bo dynia będzie miękka szybciej.
Soczewicę również gotujemy i mieszamy z pokrojoną w drobną kostkę oraz podsmażoną cebulę.
W naczyniu żaroodpornym układamy masę z soczewicy, a na nią ugniecione ze sobą ziemniaki z dynią. Koniecznie robimy rowki wzdłuż widelcem.
Zapiekamy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, aż u góry lekko zacznie brązowieć.

Na zdjęciu jest również deser czyli Pommeau. Normandia wykorzystuje też w specyficzny sposób jabłka. Robią z nich cydr - gazowany napój o niskiej zawartości alkoholu i Calvados - brendy jabłkowe. Pommeau to nic innego jak Calvados z sokiem. Pite głównie na deser.
Dlatego takie widoki, jak ta destylarnia nikogo nie dziwią.


Jeśli ktoś się tam wybiera, to tylko samochodem. Wtedy koniecznie przez Luksemburg, bo paliwo jest tam tańsze niż u nas w kraju. Podejście do turystów specyficzne tj. nic im nie ułatwiamy i tak przyjdą. Jeśli w jakimś miejscu stają się uciążliwi, to miejsce się wyłącza ze zwiedzania :) Koniecznie jeździjcie bezpłatnymi drogami. Taniej i nie ominą Was przepiękne widoki.



Danie inspirowane podróżą 3


Danie inspirowane podróżą 3


Warzywa dyniowate 2017

czwartek, 21 września 2017

Paryż mniej znany i francuskie galettes

Przy okazji tego, że tegoroczny urlop przypadł w Normandii, nie możnabyło nie skorzystać z okazji i należało odwiedzić Paryż, skoro był tak blisko. Jeśli chodzi o jazdę autem, to wystarczyło mi, że przejechałem się po jego obwodnicy, dlatego skorzystałem z pociągu jako lepszego środka transportu. Poza tym, parkowanie dla osoby nie posiadającej karty rezydenta jest ograniczone do 2 h. Podczas pierwszej wizyty w Paryżu bardzo się rozczarowałem, głównie jeśli chodzi o mentalność ludzi, gdyż jest to bardzo zestresowane i pędzące miasto. Odkąd nie udało się z niego zrobić światowej stolicy sztuki, nawet artyści przystosowali się do nowych warunków. Teraz, jadąc z innym nastawieniem, postanowiłem hołdować zasadzie, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Przedstawię Wam moją subiektywną listę miejsc dalekich od tych, które znajdziecie w folderach reklamowych, gdyż po pierwsze - ile można, a po drugie są darmowe, a to w końcu blog kryzysowy :) Przyznaję, chciałem odwiedzić Musée d’Orsay, głównie dla jednego obrazu :), ale ostatecznie szkoda było marnować czasu w gigantycznych kolejkach, które pozwalają wyciągnąć wnioski, co dzieje się w środku. 
Jako, że to blog kulinarny dostaniecie też ciekawy przepis, typowy dla tej części świata :)

Pierwszy przystanek - Park Buttes Chaumont. Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy park w Paryżu. Mamy tam wodę, góry i w ogóle wszystko wygląda jak z przygodowego filmu. Skały, wiszący most nad wodą, tunele w górze i papugi. Tak, papugi. Pierwszy raz jak zobaczyłem taka na drzewie, myślałem, że komuś uciekła, ale jak już widziałem takich więcej, zorientowałem się, że tam mieszkają.


Przystanki metra, ze względu na swoją specyfikę, zostały już docenione przez pisarza Dymitra Gluchowskiego. Można było zachwycić się już samymi wejściami.


Ciekawymi nazwami :)


Natomiast niektóre to po prostu prawdziwe dzieła sztuki, tak jak tu na Arts et Métiers, cała stacja to wnętrze łodzi podwodnej inspirowane twórczością Juliusa Verne.


Moją ulubioną dzielnicą jest Montmartre. Głównie jeśli chodzi o jej historię. Niegdyś mieszkali tam wszyscy artyści i inny ciekawy element, bo były tam najtańsze mieszkania. Obecnie trochę się tam zmieniło :) Najlepiej zacząć od słynnego, za sprawą serialu o polskim super szpiegu, placu Pigall. W tej okolicy nawet sklepy zabawkowe wyglądają magicznie :)


To tu narodziły się kabarety. Przy czym Moi Państwo, kabaret to nie była ekipa gości, która zabawiała publiczność śmiesznymi lub mniej żartami. Kabaret to w skrócie było połączenie knajpy i teatru. Taka rozrywka dla szerszej publiczności, gdzie chodziło się w celach rozrywkowych, a nie po to żeby się pokazać w towarzystwie. Publiczność była jaka była :) Właściciel pierwszego kabaretu Le Chat Noir, miejsca tak kultowego, że doczekało się wielu kopii, w tym tej najsłynniejszej tutaj parę domów dalej, został kiedyś raniony nożem przez klienta. Moim zdaniem to miejsce zasługuje na większą uwagę niż to z wiatrakiem :) Może niekoniecznie, żeby tam iść, ale warto sobie przyswoić historię.


Francuski reżyser Guy Debord zaleca zwiedzanie Paryża (i nie tylko) dryfując, tzn. podążać w kierunkach, które wyznaczają nam tylko nasze zmysły. Tak też postanowiłem zrobić, było dużo łatwiej z piwem w ręku :) Między innymi łatwiej, bo idąc pewnie w określonym kierunku miałem spokój na dole wzgórza, gdzie miejscowi obskakują turystów niczym kraby ranną mewę wciskając im co się tylko da (tu dobra rada - w Paryżu nie dajecie się wciągać w rozmowy i przede wszystkim NIC od nikogo nie bierzecie), a po drugie, już na górze kelnerzy widząc kogoś takiego, też zostawiali mnie w spokoju i nie nagabywali do restauracji :)
Dzięki temu mogłem w spokoju pospacerować tymi wąskimi uliczkami jak ci uzbrojeni po zęby żołnierze przede mną :)


Mijając stare naleśnikarnie, które bardzo mnie inspirowały od strony kulinarnej.


Piwo można dopić pod schodami Bazyliki Sacre Coeur, która została wybudowana na złość ludziom oddających się bezeceństwom w dzielnicy poniżej. Z tego powodu bojkotowana przez wielu Francuzów :) Co innego schody tuż przed nią. Tam się pije, gra na instrumentach, a jak się nie umie, to słucha tych co potrafią i podziwia widoki. Wieży Eiffla nie widać, bo drzewa zasłaniają :)


Niedaleko jest też kawiarnia, w której pracowała filmowa Amelia. Happy hours są od 19 :) Starajcie się nie używać określenia Caffe Americano, bo od czasu wojny, na którą Francuzi nie chcieli jechać, a po której przyszło im sprzątać nie jest to mile widziane. Zamiast tego mówcie Cafe Long :) Prawie to samo ;)



Paryż daje nam możliwość budżetowej wycieczki do Nowego Jorku za sprawą kopii statuy wolności. Jest wiele kopii na świecie, ale ta jest najlepsza, bo zbudowana przez tą samą osobę.


Po drodze ciekawy park na tarasie z pomnikiem ofiar zbrodni przeciwko ludzkości.

Bardzo chciałem zobaczyć kultowe kino Pagoda, które wygląda jak szkoła kung-fu z filmów kręconych w latach 70-tych, ale jest już zamknięte na stałe. Taki los małych kin :(


W okolicy placu Republiki możecie sobie pójść nad ładny kanał posiedzieć, albo puszczać "kaczki" ;)


A także podziwiać kunszt cukierniczych rzemieślników.


Fani twórczości Le Corbusiera, do których ja się zaliczam, będą bardzo zadowoleni. Zresztą nic dziwnego, bo to jego miasto. Takich użytkowych budynków jak ten, spełniających jego zasady, będących maszyną, w której płynie życie, z kinem na parterze, jest mnóstwo.


Większość osób wybiera cmentarz Père-Lachaise. Największą popularnością, co widać z daleka, cieszy się grób Jima Morrisona, którego zresztą i tak w nim nie ma :) Z całym szacunkiem, ale Roland Topor, leżący na oddalonym od niego cmentarzu Montparnasse biję go na głowę.


W Paryżu niewiele rzeczy jest za darmo, nawet za większość toalet trzeba płacić. Za darmo jest woda pitna. Jedyna co musicie to odnaleźć charakterystyczne źródełka. Jakby co, to niedaleko była też darmowa toaleta :)


Obiecałem przepis. Jest to połączenie najpopularniejszego francuskiego fast foodu - naleśników - podany w specyficzny dla francuzów sposób z jeszcze bardziej specyficznym nadzieniem, o którym usłyszałem dopiero tutaj i bardzo przypadło mi do gustu. Pieczarki to bardzo istotny element kryzysowej kuchni francuskiej, bo rosną wszędzie.

Składniki:
- mąka
- woda
- pieczarki
- cytryna
- natka pietruszki
- olej


Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażymy naleśniki.
Pieczarki kroimy w plasterki i nie smażymy ! :), dodajemy do nich soku z cytryny, poszatkowanej natki z pietruszki i trochę oleju. Nakładamy farsz na naleśnik i składamy jak na obrazku.

No dobra, żeby nie było, że pojechał do Paryża, a nie zrobił zdjęcia Wieży Eiffla. Macie tu jedno, z za płotu, którym jest obecnie otoczona :) Teraz musicie stać w kolejce już nie tylko żeby na nią wejść, ale też żeby do niej podejść. Podobno nauczyli się od nas jak budować takie płoty kiedy zobaczyli zbliżoną wizualnie radiostację w Gliwicach :)




Danie inspirowane podróżą 3

Danie inspirowane podróżą 3