poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Wytrawny frgál na Lysej Horze

Tym razem na celownik trafiła Lysa Hora. To taki szczyt po czeskiej stronie, nazywany Królową Beskidów. Swoją drogą najwyższa góra Beskidu Śląsko-Morawskiego. Słynie z tego, że gdzieś w jej wnętrzu schowany jest skarb słynnego zbója Ondraszka, a niektórzy mówią nawet o czarnym jeziorze. Szlak na górę zaczyna się w Ostrawicy, miejscowości dobrze skomunikowanej drogami, torami kolejowymi, a także przygotowanej na przyjęcie turystów, dzięki wielu parkingom.

Szlak czerwony, który zaczyna się koło dworca początkowo jest bardzo nudny, bo prowadzi po asfaltowej drodze. Później jest jak to mawiał komisarz Ryba niewiele lepiej, ale ... lepiej, bo idziemy lekko kamienistą stromą drogą. Dopiero widoki, jakie potem nam się pokazują powodują, że staje się to bardziej emocjonujące :) Od czasu do czasu spotykamy symboliczne mogiły z kamyczków takie jak ta. Z czego najsłynniejsza w okolicy jest ku czci skautów zabitych w czasie II Wojny Światowej.


Prognozy pogody nie były obiecujące, a to co zobaczyliśmy tylko je potwierdziło. Jedyny plus, że można bujać w obłokach :)


Na szczycie nie było tak źle, a przynajmniej chwilowo, ale też nie na tyle dobrze, żebym widział na co pokazuje ten chłopczyk :)


Głównymi atrakcjami na górze jest budynek stacji telewizyjnej


oraz menhir, który ma specjalny element do głaskania.


W każdym razie na szczycie wszyscy postanowili się pożywić specjalnie na tą okazję przygotowanym daniem o nazwie frgál. To placek drożdżowy pochodzący z tej części Czech nazywany nieudanym ciastem, ze względu na to, że farszu jest więcej niż spodu. Trochę czeska pizza :) Zazwyczaj podawany na słodko, ale tradycyjnie też przygotowywany z kiszoną kapustą. Postanowiłem go delikatnie stunningować, aby był bardziej odżywczy. Spód uzupełniłem o mąkę owsianą, a farsz o typowy dodatek dla tej części świata - fasolę.

Składniki:
- szklanka zmielonych płatków owsianych
- szklanka mąki
- 3/4 szklanki wody
- 1/5 kostki margaryny
- 1/4 kostki drożdży
- mała paczka kapusty kiszonej
- puszka fasoli 


Wykonanie:
Mąki mieszamy ze sobą, a drożdże rozrabiamy w odrobinie letniej wody. Margarynę roztapiamy i mieszamy z mąką. Dodajemy drożdże oraz resztę wody i ugniatamy ciasto. Zostawiamy aż wyrośnie.
Kapustę płuczemy i kroimy, a następnie mieszamy ze zmiksowaną fasolą. 
Kiedy ciasto wyrośnie wykładamy nim tortownicę zostawiając brzegi, a na środek kładziemy nasz farsz z kapusty i fasoli. Pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku jakieś 20 minut.

To jest dobre w górach, że można wypić małe piwo i nie zostanie po niem nawet śladu w momencie kiedy będzie się już w samochodzie :) Fajnie się siedzi, zwłaszcza przy dobrym piwie o dwunastoprocentowym nachmieleniu, gdzie w Polsce musiałoby to być już piwo kraftowe o dziwnej nazwie, jeszcze lepszej etykietce, a najlepszej cenie, ale, jak to często w górach bywa, zaczęło się robić nieciekawie. Postanowiliśmy ruszyć 4 litery, tym bardziej, że zniknął nam widok, którym się rozkoszowaliśmy.


Postanowiliśmy wrócić szlakiem żółtym, który był trochę bardziej ciekawy. Tzn. tak w ogóle, to chcieliśmy przejść czerwonym, ale okazało się, że nie prowadzi tam gdzie byśmy chcieli, o czy dowiedzieliśmy się po 40 minutach, które poświęciliśmy na jego pokonanie :) Co prawda nikt z nas nie miał takiej pelerynki jak te, które stały się ostatnio hitem internetu, ale i tak daliśmy radę, tylko pozostał standardowy dylemat  - czy mieć kaptur na głowie, czy nie, skoro głowa w obu przypadkach jest mokra :) 


Pod koniec trasy zobaczyłem jakieś ostrzeżenie, ale nie mogłem doczytać dokładnie o co chodzi bo drzewo je zjadło.


Szlak żółty kończy się przy zbiorniku wodnym, na którym robione są jakieś pracę. Nie wiem co to, ale mam nadzieję, że będzie dla szerszej publiczności :) Szlak nie kończy się w centrum, dlatego jeszcze kawałek trzeba przejść.


Każda dobra wyprawa kończy się łupami, dlatego postanowiliśmy odwiedzić lokalną wytwórnie piwa. Było kilka gatunków, bardzo modnych ostatnio IPA, APA, ale postanowiłem postawić na to, co do czego jestem pewny, że Czechom wychodzi. W dodatku dobra nazwa :)


Jeszcze taki mały smaczek, który spotkałem w drodze powrotnej.


Podsumowując, szlak niezbyt wymagający, ale dla dla ładnych widoków, warto.

środa, 16 sierpnia 2017

Po'boy

Dzisiaj danie z Luizjany. To taki skrawek ziemi, w którym jest wiele ciekawych rzeczy, jednak szerszej publiczności znany z dwóch bardzo wyświechtanych przez popkulturę odłamów chrześcijaństwa. Pierwsza to voodoo, czyli to, co powstało w momencie, kiedy ludności z Afryki próbowano narzucić religię z Bliskiego Wschodu. Pisałem o tym trochę przy okazji potrawy jambalaya. Druga to Kuk Klux Klan. O nich nie pisałem nigdy. Niemniej jednak geneza dania, które Wam przedstawie jest zdecydowanie niereligijna, więc ten temat zostawimy w spokoju.

Luizjana to taki region, gdzie jak się okazało, że nie ma tam złota, to nikt nie chciał go przygarnąć. Mowa tutaj o dużych graczach, czyli tych, którzy przyjechali na te tereny z nowoczesną bronią.  Natywni mieszkańcy chcieli się zająć tym kawałkiem ziemi, ale zgodnie z podstawami fizyki, nie mieli oni nic do gadania i ostatecznie osiedli tam Francuzi. I to jest dla nas istotna informacja, bo ostatecznie Luizjana stała się jednym ze stanów, ale z wyraźnymi wpływami francuskimi, np. w kuchni. 

Historia tego dania zaczęła się pod koniec XIX wieku, kiedy stały się modne bułki paryskie ze smażonymi ostrygami. Prawdziwą sławę zyskało ono dopiero w latach 20-tych XX wieku, podczas wielkiego kryzysu. 
A było to tak. Dwóch braci postanowiło porzucić pracę w transporcie publicznym i założyli mały punkt gastronomiczny w Nowym Orleanie. W 1929 roku doszło do strajku pracowników związanych z ich poprzednim miejscem pracy i jak to zwykle bywa zamówiono na tą okoliczność łamistrajków, złożonych głownie z recydywistów. Strajkujący się zdenerwowali i podpalili tramwaj przy aprobacie zgromadzonych mieszkańców, którzy zresztą w geście solidarności unikali środków komunikacji publicznej. W każdym razie sytuacja była poważna, strajk się przeciągał, więc bracia postanowili karmić strajkujących tymi tanimi kanapkami. Mówili przy tym pieszczotliwie, że idzie kolejny biedny chłopiec do wykarmienia. Z ang. poor boy. Stąd nazwa kanapki po'boy. Niektórzy historycy podważają prawdziwość tej historii, ale świat jest zbudowany na wielu ciekawych historiach, w które się dobrze wierzy. Taka jest wersja oficjalna.

W związku z tym, że założyłem sobie małą hodowlę boczniaków, która dość pokaźnie obdarowuje mnie plonami, o czym chwaliłem się przy okazji wcześniejszych boczniakowych przepisów, postanowiłem przygotować jedną z wersji tej kanapki, bo jak to często bywa w przypadku znanych dań, doczekała się ona wielu. Żeby zrozumieć dlaczego wersja z boczniakiem stała się taka popularna trzeba znać choć trochę język obowiązujący w kraju jej powstania. Ostrygi to po angielsku oysters. Boczniaki to z kolei oyster mushrooms,  czyli dosłownie grzyby ostrygi. Zresztą najbardziej popularna, użyta przeze mnie odmiana to boczniak ostrygowaty.

W każdym razie buła idealna w teren lub jako przekąska do pracy, a jak ktoś ma koło miejsca pracy mały gaik, tak jak ja, to sobie może zjeść i w terenie i w pracy :)

Składniki:
- boczniaki
- mąka kukurydziana
- bagietka
- sałata
- pomidory
- ogórki kiszone
- pikantny ketchup



Wykonanie:
Boczniaki myjemy, kroimy, obtaczamy w mące kukurydzianej i smażmy. Bagietkę kroimy wzdłuż na pół, nakładamy na nią liście sałaty, podsmażone boczniaki, pokrojone w plasterki pomidory i ogórki. Wszystko uzupełniamy ketchupem.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wyprawa po Beskidach - makaron z pesto i jedzenie ery kosmicznej

Jako, że jestem osobą z zasady aktywną, to wolę spędzać czas w górach, gdzie jestem cały czas w ruchu niż nad morzem, gdzie kultywowany jest nieco inny sposób spędzania czasu - bezruch na plaży, czy jego bardziej inwazyjna odmiana - parawaning. Do tego dochodzą, jakże ważne widoki, które mam do dyspozycji podczas górskich spacerów (no dobra, na plaży też są dobre widoki, ale patrz  - kolejna sprawa :) ). Bardzo ważną kwestią jest dla mnie mniejsza ilość ludzi, a jak już są, to z zasady doceniają powód, dla którego tak się musieli namęczyć. To jest jeden z głównych powodów dla których unikam Tatr. Nie mam wewnętrznej potrzeby zdobywania jak najwyższych szczytów. Ja chce mieć aktywność, ładne widoki i spokój, który pozwoli mi tymi widokami się rozkoszować. Jak jeszcze spotkam jakiegoś dzikiego zwierza, choćby zająca, których jest coraz mniej, to już jest idealnie.
Rewia mody na asfaltowym wybiegu Morskie Oko to nie dla mnie, więc ewentualny zarzut o rozrywce dla znudzonej klasy średniej, która chce się pokazać niczym Aleksy Wroński w Operze, odpada. Nie mam problemu z tym, że ktoś idzie w jeansach o ile nie ma do nich szpilek lub eleganckich sandałków, bo to już głupota, a paliwo do helikoptera kosztuje sporo. Sam mam już, dzięki doświadczeniom wypracowany zestaw, ale każdy lubi co innego i ma swoje własne patenty:
  • buty - podstawa, dosłownie i w przenośni. Wysokie tj. za kostkę. Wiem, że niskie to wygoda, ale ja nosząc wysokie jestem przygotowany na wszystko. Tu nie polecam oszczędzać. Tzn. w długim okresie czasu będzie to oszczędność, bo ostatecznie przez wiele lat wydacie mniej, ale jednorazowy wydatek jest konieczny. Niestety zmartwię wszystkich obrońców praw zwierząt. Nie wymyślili nic lepszego niż skóra. Oczywiście jak chodzicie na łagodne spacery, to i siatka nylonowa Wam wystarczy, ale jak zdarza Wam się brodzić w wodzie, łazić przy kilkugodzinnym deszczu to pozostaje Wam najwyżej kupić jak najlepsze obuwie, żeby długo nie trzeba było kupować kolejnego. Polecam takie z gumowym otokiem dookoła. Nie dość, ze chroni przed niską wodą to jeszcze przed uszkodzeniem. Napisałbym o podeszwie, ale te które spełniają dwa pierwsze warunki, na pewno będą miały odpowiednią :) Stuptuty też się przydadzą, żeby buty nie zmokły wam od środka.
  • spodnie - po wielu eksperymentach w niesprzyjającej pogodzie stawiam na takie, które szybko schną. Na gorące lato, krótkie z rip-stopu.
  • koszulka - najlepiej sportowa obcisła, szybkoschnąca, odprowadzająca wodę na zewnątrz. Im ciaśniej, tym zasadniczo lepiej.
  • bluza - co najmniej dwie - lżejsza na marsz (o ile nie jest gorąco) i grubsza na stan spoczynku, kiedy wieje, a ta pierwsza jest mokra. Jest to spowodowane tym, że podczas marszu bluza będzie mokra, a cienka wyschnie szybciej.
  • kurtka - jest tylko jeden materiał nieprzemakalny i jest to guma. Ma ona jednak to do siebie, że nie oddycha i będziecie mokrzy w środku. Trzeba znaleźć jakiś wypracowany kompromis. Membrany podobno nie najlepiej oddychają latem, ale jak macie ogromne wywietrzniki pod pachami to już lepiej. Ewentualnie plastikowe poncho na koszulkę, ja mam takie zawsze przy sobie. Możecie sobie kupić jakąś kurtkę za kwotę 4-cyfrową i zapłacić za markę, ale raczej te drogie z takim czy innym logiem nie są zbudowane z kosmicznych materiałów, wiec nie polecam.
Podczas tej wyprawy mieliśmy długą dyskusję na temat kijków z gorącym ich zwolennikiem. Powiem tak. Jak ktoś lubi to OK. Jeśli miałbym coś do zdobycia i zależałoby mi na czasie, to kijki byłyby pomocne. Podczas rekreacyjnego spaceru nie chcę upośledzać mojego balansu, który jest bardzo ważny w sporcie uprawianym przeze mnie na co dzień dodatkowymi punktami podporu.

W każdym razie z racji tego, że Łukasz przyjechał z Irlandii akurat w tym okresie, a już mu kiedyś obiecałem wspólny wypad, postanowiłem zrobić wyjątek i pójść w góry w środku lata :) Zgodziłem się tylko ze względu na trasę no i że nie były to Tatry :)

Wyruszyliśmy w trasę i pierwszym poważnym przystankiem była Wielka Racza. Przejrzystość powietrza świetna to i widoki piękne. Postanowiłem się posilić moja ulubioną przekąską w górach czyli chałwą. Zrobiłem to w pozycji półleżącej rozkoszując się widokiem. 


Po drodze minęliśmy ekipę, która malowała oznaczenia na szlakach. 


Jak już pisałem widoki były niesamowite, bo i pogoda dobra. Tatry bardzo dobrze mi się oglądało z tej odległości :)


Napotkane mapy, ze względu na to, że każdy chciał pojeździć po nich palcem okazały się średnio przydatne :)


W końcu dotarliśmy do celu, jaki wyznaczyliśmy sobie tego dnia. Schronisko na Przełęczy Przegibek, gdzie widać już znaki czasu, ale nieznacznie :)


Oprócz tego urzekły mnie tamtejsze ekologiczne doniczki.


Nadszedł czas na pierwszy posiłek.

Makaron z zielonym pesto

Mój kolejny wyprawowy posiłek, który przygotowałem sobie wcześniej po to, aby dodać tylko wody. Na szczęście jak to w schronisku w schronisku nie było problemu z wrzącą wodą, którą dostawaliśmy za "co łaska", prawdziwe, a nie "dają tyle".

Składniki:
- makaron instant
- groszek konserwowy
- bób
- cukinia
- czosnek granulowany
- olej (opcjonalnie)


Bób gotujemy kilka minut w wodzie i suszymy. Możemy to zrobić w piekarniku, specjalnej suszarce lub, tak jak ja, za szybą samochodu zostawionego na parkingu w nasłoneczniony dzień. Groszek wyjmujemy z puszki i suszymy. Podobnie postępujemy z pokrojoną w plasterki cukinią. Następnie wszystko mielimy na proszek, do którego dodajemy czosnku.
Makaron instant zalewamy wodą, czekamy aż zmięknie, dosypujemy zrobiony wcześniej proszek, mieszamy i czekamy kilka minut. Na koniec dolewamy trochę oleju jeśli mamy.

Wieczorem jeszcze wejście Będoszkę Wielką. Księżyc tak świecił, że prawie nie trzeba było używać latarek.

Schroniska mają to do siebie, że spanie odbywa się w pokojach wieloosobowych, co sprzyja zawieraniu tymczasowych znajomości i ciekawym rozmowom. Zwłaszcza jeśli tak jak ja, miało się za sobą truskawkową nalewkę domowej roboty, którą dostałem od Agnieszki. Wszystkim smakowało. Przy tej okazji pozdrawiamy Maćka i Kaśkę, z którymi się miło rozmawiało jak i niezidentyfikowanego bardzo młodego osobnika z za ściany, który przyszedł i powiedział, że mamy skończyć rozmowę bo on jest zmęczony i wszystko słyszy :) W każdym razie schronisko godne polecenia. Nawet toaletę macie za darmo, a nie jak na Szczelińcu :)

Rano szybkie śniadanie i wypad na Rycerzową Wielką. Tam też było schronisko, ale pomimo, że bufet miał być czynny od 8 do 21 to o godzinie 10 był niedysponowany, ze względu na to, że pani myła podłogę. Jakby ktoś miał wątpliwości ile to jeszcze zajmie, to na drzwiach była wielka kartka STREFA BEZ POŚPIECHU, o czym mieliśmy się dobitnie przekonać po 30 minutach :) Zniechęceni zarówno tą sytuacją, jak i informacją, że turyści w postaci psów nie są tu mile widziani (mimo, że psami nie jesteśmy, ani dosłownie, ani w przenośni, ale w ramach gestu solidarności z opiekunami takowych :)), poszliśmy na szczyt. Tu super widok. Do tej pory byłem przyzwyczajony, że niszczy się fajne tereny na rzecz wyciągów narciarskich. Tam było na odwrót.


Potem spotkaliśmy na trasie jakieś dziwne żyjątka. A właściwie ich całą kolonię, która się powoli przemieszczała. Nie mam pojęcia co to było, ale wyglądało ciekawie.


I kolejne widoki w stylu Na górze róże, na dole fiołki czyli ładne szczyty u góry i drwal rzucający przekleństwa na konia poniżej. W tym momencie przypomniała mi się historia, którą opowiedział mi mój nauczyciel od historii, kiedy to radziecki chłop poszedł do gułagu za zwyzywanie swojej krowy, a właściwie nie swojej, tylko tej, nad którą miał pieczę :)


I kolejny posiłek. Ostatnio widziałem to w jakimś sklepie internetowym za 20 euro. Ludzie serio? Aż 20? Przecież to kosztuje grosze. To nic innego jak zmodyfikowana mieszanka, o której pisałem już tutaj przy okazji wpisu o tym co będziemy jedli w dalekiej przyszłości. W każdym razie gość wymyślił posiłek idealny dla wszystkich, ja go trochę zmodyfikowałem o dodatki smakowe.

Soylent czyli koktajl ery kosmicznej

Składniki:
- płatki owsiane
- glukoza
- siemię lniane
- jarmuż
- banany
- jabłka


Banany i jabłka kroimy w cienkie plasterki i suszymy. Jarmuż też suszymy, z tym, że on wysuszy się szybciej. Miksujemy wszystkie składniki, gdzie płatki mają stanowić bazę, siemię dodatek, a reszta ma stanowić o smaku. Wystarczy dodać zimnej wody, dlatego możecie sobie przygotować to na środku szlaku. Pomieszać, odczekać, jeszcze raz pomieszać i gotowe. Może być w misce, może być w butelce jak smoothie.

W drodze powrotnej musiałem wstąpić na danie, do którego mam słabość, czyli polskie hot dogi. Dla urodzonych w latach 90-tych i później, to hot dog z farszem pieczarkowym, który był wynikiem wprowadzenia najbardziej liberalnej ustawy o przedsiębiorstwach jaką widział ten kraj w ostatnich dekadach.


Podsumowując, mało ludzi czyli duży plus. Dużo słońca, co odbiło się na ogólnemu fizycznemu samopoczuciu - na minus :)

czwartek, 3 sierpnia 2017

Klasyka, tyle, że z grilla

Klasyki mają to do siebie, że się nie starzeją i nie umierają. Kiedy spotkałem kiedyś Petro Tyschtschenko, byłego dyrektora do spraw logistyki w firmie Commodore, powiedział na pożegnanie, że "On umrze, Amiga nie". Podobnie jest z klasykami. Klasyki nie umrą. Żyjemy w kraju, w którym współczynnik przedwczesnej śmierci jest wyjątkowo wysoki w porównaniu do reszty Unii Europejskiej i najwyższy w całej Grupie Wyszehradzkiej. Oczywiście niższy niż w Ameryce Południowej lub Afryce, ale to małe pocieszenie. Statystyki podwyższają nam wariaci drogowi, stąd zawsze się śmiałem, że jeszcze jako wdrożeniowiec, miałem bardziej niebezpieczną pracę niż górnik, a jak ktoś lubi podróżować po kraju, jak ja, to jest dodatkowo narażony na niebezpieczeństwo. W tej sytuacji pozostaje Wam mieć nadzieję, że zostawię komuś wcześniej hasło i mowę pożegnalną dla Was :) Natomiast to i tak tylko prawdopodobieństwo, bo równie dobrze może komuś spaść na głowę żółw, co jest bardzo mało prawdopodobne, ale jak pokazał przykład Ajschylosa, jednak możliwe. W każdym razie, niezależnie od tego co się stanie, klasyki przeżyją. Nasza internetowa twórczość niby też, ale jak kiedyś padną serwery, albo zmieni się polityka usługodawcy, to będzie po frytkach, że się tak kulinarnie wyrażę.
Idea kiełbasy, która jest poddana obróbce termicznej innej niż gotowanie, razem z bułką jest popularna w wielu częściach świata. Najbardziej w Polsce, Niemczech ze stanu granic na rok 1938 oraz basenie Morza Śródziemnego. W naszym kraju jest to nieodłączny element wszystkich festynów z tzw. "bieda muzyką", kiepskim piwem i niejednokrotnie dwukolorowymi flagami zupełnie różnymi niż te państwowe. Pokrojona w plasterki z cebulą to jeden z najprostszych obiadów w tej części świata. Postanowiłem zrobić coś podobnego, ale, jako, że sezon w pełni, w terenie i z parówek. Jako, że wszystko jest pokrojone, niezbędna jest tacka aluminiowa.

Składniki:
- jakieś parówki
- cebula
- musztarda
- bułka, ale nie jakaś mała kajzerka :)


Wykonanie:
Parówki kroimy jak w komiksie "Kajko i Kokosz" czyli na plasterki, tyle, że nie pod kątem prostym, ale lekko na skos, ze plasterki były większe. Cebulę kroimy w półplasterki. Wkładamy wszystko do miski, polewamy lekko olejem i mieszamy. Nakładamy na tackę do grillowania, a nią samą kładziemy na ruszt. Podajemy z musztardą i bułką.

czwartek, 27 lipca 2017

Bigos orientalny z boczniakami czyli rzecz o tańszych zamiennikach

Kolejna odsłona przepisu z boczniakami, którymi się chwaliłem niedawno, przy okazji tego jak pięknie mi obrodziły.
Ten bigos to hit tego roku ze względu na strukturę pekińskiej kapusty, która jest tak miękka, że imituje młodą kapustę. która jest tylko w sezonie i bywa droga. Oczywiście to tylko zamiennik nie oryginał więc tylko imituje. To dalej nie będzie smakowało jak nasza rodzima (o ile możemy tak nazwać) kapusta. Tak jak głąb tej kapusty imituje pędy bambusa (stary numer w "chińskich" barach). 

Jeśli chodzi o zamienniki, to mamy w tej kwestii bogate tradycje z czasów kiedy niektórych produktów żywnościowych brakowało, a niestety wiedzieliśmy o ich istnieniu. W tych czasach gospodynie domowe wykazywały się nie lada fantazją, że o szefach kuchni nie wspomnę.

To nie jedyny hit ostatniego czasu jeśli chodzi o orientalne zamienniki. Ostatnio bardzo popularne stały się chińskie giełdy, na których można kupić prawie wszystko. Dzięki globalizacji rozsypał się plan, w myśl którego danie ludziom pieniędzy spowoduje większą konsumpcję, a co za tym idzie napędzi gospodarkę. Tak by było gdyby pieniądze wydawane były na miejscu, nawet jeśli na alkohol :)
Jeśli chodzi o same zakupy to ostudzę nieco ten entuzjazm. Wiem, że ogrom gadżetów spory, aż w oczach się mieni i wszystko chcemy mieć. Głównym problemem jest brak ochrony. Oczywiście istnieje ona w wersji podstawowej tj. kupujący otrzymuje zapłatę dopiero kiedy otrzymamy towar, jednakże sprzedawca  nie dostanie pieniędzy tylko wtedy, kiedy ewidentnie dostaniemy nie to co zamawialiśmy. Jeśli np. dostaniemy koszulkę zrobioną z plastiku, ale na metce będzie napisane, że jest z bawełny, w praktyce będzie to potraktowane tak, jakby było z bawełny :) Czasem sprzedawca mówi, żeby mu towar odesłać, ale wartość przesyłki jest wyższa niż sam towar, więc odpuszczamy. Możemy mu wystawić negatywa, ale to nie jest dla niego problem, bo takiego sklepu i tak nie będzie za tydzień :) Względnie bezpieczne są te, które mają dużo opinii.
Jeśli chodzi o podróbki, to o zasadności ich kupowania niech każdy zadecyduje już sam, natomiast są rzeczy które warto kupić. Na pewno jest takich sporo, ale z mojego doświadczenia wynika, że są to małe narzędzia, mała elektronika i to co każdy kucharz lubi najbardziej czyli przybory kuchenne. Do legendy przeszły już noże z japońskiej stali VG10 sprzedawane między innymi przez znaną szwedzką sieć handlową. Niestety już wycofane, bo cena była na poziomie całego zestawu "noży kuchennych", przez co nie cieszyły się zainteresowaniem gawiedzi. Cudzysłów nie jest tu przypadkowy.
Plus jest taki, że wychodzi bardzo tanio, bo koszt przesyłki jest darmowy. Minus i to ogromny, że dostarczane jest przez Pocztę Polską, skostniałą instytucję o baaaardzo ograniczonej odpowiedzialności, z usług której staram się już nie korzystać w ogóle.

Składniki:
- kapusta pekińska
- boczniaki
- przyprawa 5 smaków
- koncentrat pomidorowy



Wykonanie:
Boczniaki kroimy w kostkę i podsmażamy. Kapustę również kroimy, dodajemy do boczniaków i dusimy. Doprawiamy do smaku i dodajemy trochę koncentratu pomidorowego.

Kapusta pekińska jest bardziej delikatna niż ta nasza. Jeśli zostaną Wam resztki nie dawajcie jej chomikowi, bo może się to dla niego źle skończyć. Mojemu rozsadziło jelita i to dosłownie.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Bieszczady - wyprawowe jedzenie - peas pudding i kaszotto

Plan był ciekawy, wyruszyć z Ustrzyk w godzinach porannych, dojść na Halicz, stamtąd z górki do Bukowca i przespać się pod wiatą. Potem powrót wzdłuż granicy i znów wiata. Tyle teorii. Jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko poszło tak jak planowaliśmy. Zwłaszcza, jak się opiera na niewiarygodnych źródłach, ale po kolei.

Pierwszą noc w Ustrzykach, oczywiście Górnych, spędziliśmy w Białym Hoteliku. To takie baaardzo klimatowe, przypominające schronisko miejsce, które ma wszystko czego trzeba, łącznie z przemiłą właścicielką :) No i tuż przy szlaku czerwonym. Wzięliśmy nasze wielkie plecaki ze wszystkim, czego będziemy potrzebowali na 3 dni i w drogę. Lekko nie było, ale trasa obliczona była na 6-8 godzin i tyle było do wytrzymania z takim balastem.
Pogoda dopisywała więc widoki przednie. Dla takich warto się męczyć.


Odbiliśmy trochę, aby zdobyć Tarnicę, czyli najwyższy szczyt polskich Bieszczad. Gdzie obskoczyły nas małe motyle :)


Kolejny punkt Halicz czyli gdzieś tam.


Po drodze przystanek na skałce i widok na Tarnicę, z której zeszliśmy.


Po drodze jeszcze trochę lokalnej zwierzyny :)


Na Haliczu przerwa na chałwę i idziemy szukać naszej ścieżki. Ta ścieżka jest na mapach google, a co najważniejsze była na mojej mapie analogowej, tylko w terenie jej nie było. Nie było też drugiej, ani trzeciej. Pomimo kluczenia i zawracania. Gratuluję wydawnictwu Expressmap tak wspaniałych kartografów, którzy sobie wysysają dane z palca. Jeszcze bardziej będę im gratulował jak dowiem się o jakimś zgonie z tego powodu. Chyba, że jest to element skomplikowanej strategii obronnej kraju, jak to powiedziała nasza kolejna gospodyni -  Mapy są dla szpiegów. 

Żebyśmy wiedzieli, że przyjdzie nam zrobić trasę turystyczną, to jak wielu turystów na szlaku, byśmy się modnie ubrali i zabrali małe plecaki, także wkurzeni opracowaliśmy plan B. Tym planem było Wołosate i schronisko, a Bukowiec będzie następnego dnia. Był jeszcze jeden problem. Balast na plecach po 10 h marszu (doliczając nieudane próby znalezienia ścieżki) zaczynał być odczuwalny, więc zdecydowaliśmy przynajmniej się najeść. Znaleźliśmy dobre miejsce, blisko strumienia i tam postanowiliśmy przygotować posiłek. U mnie było to kaszotto jaglane. Idea była taka, żeby nie trzeba było długo gotować, a najlepiej w ogóle :)

Składniki:
- płatki kaszy jaglanej
- suszone pieczarki
- suszona włoszczyzna
- wysuszony groszek konserwowy (opcjonalnie)


Wykonanie:
Wszystko mieszamy i zalewamy wrzącą wodą. Jeśli chcemy dodać groszku to musimy wcześniej dodać go do wody, żeby zdążył nabrać wody. Samo zalanie go wodą nie wystarczy, aby napęczniał. Groszek możemy sobie wysuszyć wcześniej w piekarniku, lub specjalnym do tego celu urządzeniu.


Myśleliście, że nieistniejące ścieżki to koniec niespodzianek? Na mapie było również nieistniejące schronisko. Na szczęście przygarnęła nas miejscowa pani, która skutecznie zgasiłaby zapał każdego, kto chciałby się tam przeprowadzić. Rano, dzięki temu, że jak to powiedziała  - dzień wcześniej wypiła sobie piwko - pojechaliśmy z nią do sklepu jej samochodem, dzięki czemu mogliśmy sprowadzić nasz środek transportu bez konieczności straty czasu na marsz z Wołosatego do Ustrzyk. Tym bardziej, ze marsz po asfalcie to żadna atrakcja.

Nadszedł czas na właściwy cel naszego wypadu. Chyba najmniej uczęszczany szlak do źródeł Sanu. Dokładnie to czego szukam w górach - spokój :) A jeśli już ktoś ma go zakłócić to ewentualnie naturalni mieszkańcy :)


Bukowiec to taka wioska która najpierw została całkowicie wysiedlona, a potem zrównana z ziemią za pomocą materiałów wybuchowych. Zostały tylko drobne ślady. Połowa krzyża, reszta pewnie na złomie.


Jedyne co tak naprawdę zostało to cmentarz i ruiny cerkwi, wraz z chrzcielnicą.


Szlak jest naprawdę dziki i mało uczęszczany, ale bardzo malowniczy. Wiadomo, że każdy mostek poprawia atrakcyjność szlaku :)


Po drodze spotkaliśmy sporo czarnych (tak, on jest czarny tylko teraz złożył skrzydła :)) motyli Apatura iris , które upodobały sobie moje spodnie. napotkane w zimie, według góralskich legend zwiastowałyby zgon. Skojarzenie ze śmiercią nie jest przypadkowe. Oprócz żałobnych barw, które przybiera, motyl ten żywi się substancjami powstającymi na zgniłych organizmach.
Jako, że było lato, zgon nastąpił, ale odwracalny :)


Następne w kolejności - Sianki. Kiedyś był to wielki ośrodek sportów zimowych, łącznie z torem saneczkowym i skocznią narciarską, a teraz ... no cóż, już nie jest, delikatnie mówiąc. Tu ruiny dworu Stroińskich z zasypanym wejściem do piwnicy, co by nikt nie wchodził.


No i grobowiec hrabiostwa. Tak przy okazji. Wiecie, że w Polsce nie było takich tytułów? (tak wiem, że przewodniczącym ZSP jest hrabia, ale to też dla mnie kuriozalne ) Kto i za co nadał to tej rodzinie pozostawiam do spekulacji :)


W końcu źródło. Jest i ono. 


W drodze powrotnej spotkaliśmy straż graniczną, która za pomocą przyjacielskiej pogawędki, sprawdziła czy wszyscy mówimy po polsku. Widoki też niczego sobie.


I kolejna noc w Białym Hoteliku. Tym razem na obiad peas pudding.

Składniki:
- groch łuskany
- papryka wędzona


Wykonanie:
Groch moczymy i gotujemy. Suszymy np. w piekarniku i mielimy na pył. Dodajemy wędzonej papryki i innych ulubionych przypraw. Możemy to zabrać ze sobą wszędzie Kiedy potrzebujemy, zalewamy tylko wrzącą wodą.

Wieczorem relaks przy lokalnych trunkach. Tak oto czarny motyl przepowiedział przyszłość. Nie moją na szczęście :)


W drodze powrotnej jeszcze Sanok i wystawa poświęcona Beksińskiemu, o którym większość osób usłyszało najpierw przy okazji jego śmierci, a cała reszta przy okazji ubiegłorocznego filmu. Oto jego mądrości kulinarne, które wisiały w zrekonstruowanej pracowni.

A także "wagina pośród chmur" czyli słynny pomnik czynu rewolucyjnego w Rzeszowie. Nie wiem o jaką rewolucję chodzi, ale jak na niego patrzę to myślę, że seksualną :)


Reasumując. Jako, że Bieszczady sa specyficzne to i turystów jest coraz mniej, bo młodzież woli spędzać czas na smartfonach, a nie w dzikim terenie, a jak już jada w góry, to żeby było tam wi-fi, to wygrywa ekonomia i z bazami noclegowymi coraz gorzej. Łatwych asfaltowych szlaków gdzie można zaprezentować swój drogi sprzęt jak na wybiegu (vide -Morskie Oko) tez nie ma, wiec wszyscy zainteresowani takim czymś już odpadają. Miejsc na nowobogackie rozrywki (czytaj narciarstwo) brakuje, także poza sezonem ruch mniejszy. Z drugiej strony też nikt nic nie robi żeby  turystów było coraz więcej. Często można było spotkać rodziców, którzy chcieliby zarazić swoje dzieci zajawką na Bieszczady, ale co z tego skoro schroniska zlikwidowane. Dobrze, że są ładniejsze wiaty, tylko szkoda że jest na nich zakaz przebywania po zmroku. Nie wiem jak się to ma do ich funkcji ochronnej. Ogólnie panuje tam swoisty dualizm, bo z jednej strony nie chcemy turystów włóczykijów, bo nie zostawiają dutków, a z drugiej strony nie ma infrastruktury dla tych dutkowych. Na szczęście jest jeszcze sporo miejsc dzikich, które znam (np. Łupków) i do takich pewnie wybiorę się następnym razem, ale najpierw niech się lato skończy, bo góry latem to nie dla mnie. Teraz był wyjątek, żeby się lepiej na dworze spało :) Natomiast, ze względu na ilość przeróżnej zwierzyny, którą spotkałem, duży plus.

wtorek, 11 lipca 2017

Tarta z boczniaków podgrzana w samochodzie

W związku z tym, że zebrałem całkiem pokaźne zbiory boczniaków w tym roku, dam Wam tutaj kilka przepisów z wykorzystaniem , oto pierwszy z nich. Tarty to takie francuskie wynalazki, których korzenie sięgają XV wieku i był to w tym czasie szczyt finezji jeśli chodzi o tamtejsza kuchnię. Do tego momentu w zasadzie tylko piekło się tam wielkie kawałki mięsa natarte ziołami, ale przyjechała Włoszka - Kaśka Medycejska i zrobiła tam wielką awanturę o jedzenie. Oprócz tego, że wprowadziła tam całkiem sporo nowych składników, to zaczęła zmieniać zwyczaje kulinarne, czego efektem był sposób podawania mięsa. Od teraz podawali również pokrojone i zapieczone w cieście. Z czasem powstawały różne wersje tego dania, nie tylko bazujące na cieście drożdżowym, ale i kruchym oraz francuskim. Rozwinęły się również nadzienia. Z czasem zaczęły być nawet słodkie. 
Postanowiłem przygotować najprostszą formę czyli na cieście francuskim. Najprostszą pod warunkiem, że ciasto kupicie gotowe, a nie będziecie robić go samemu, co przy tych cenach i dostępności jest bardzo dobrym rozwiązaniem. 
Abstrahując od tego, że tarty, generalnie, są spoko, to jeszcze idealnie sprawdzają się w podróży, ze względu na zwartą konstrukcję. Ostatnio miałem taką sytuację, że musiałem gdzieś wyjechać i potrzebowałem coś zjeść na miejscu, a dostęp do ciepłych posiłków miałem ograniczony. Postanowiłem wziąć ze sobą porządny kawałek, upieczonej wcześniej, tarty, którą podgrzałem za pomocą źródła energii odnawialnej jaką jest słońce. Zrobiłem to starym sposobem, za pomocą którego ludzie czasem próbują upiec psy, rzadziej dzieci, czyli zostawiłem za szybą w samochodzie na dobrze nasłonecznionym parkingu. Po dwóch godzinach, czyli akurat wtedy , kiedy jej potrzebowałem, była gorąca. Natomiast godzina też by wystarczyła.

Składniki:
- boczniaki
- cebula
- kwaśne jabłka
- majeranek
- mąka
- ciasto francuskie



Wykonanie:
Boczniaki kroimy w kostkę. Jabłka obieramy i kroimy na podobne kawałki. Cebulę też obieramy, ale idealnie, przynajmniej dla mnie, będą tu półplatserki. Wszystko razem podsmażamy i dodajemy majeranku. Dosypujemy mąki, zasmażamy i dolewamy trochę wody, zeby wszystko było gęste, ale spójne. Tzn żeby nam się raczej lało, a nie sypało :)
Ciasto układamy w foremce. Przysypujemy, suchymi ziarnami fasoli, żwirem , czy czego tam używamy, aby podczas pieczenia nie napuchło za mocno. Pieczemy od 10 do 15 minut w temperaturze 200 stopni Celsjusza. Jak się ładnie zarumieni, Zdejmujemy obciążenie, nakładamy farsz, zmienijszamy temperaturę do ok 170 stopni i wkłądamy na kolejne 15 minut. Zimna też jest spoko :)

środa, 5 lipca 2017

Tunnbrödsrulle

Ostatnio przy okazji rankingu na najciekawsze uliczne dania, wśród których jest też grillowany oscypek, dowiedziałem się o istnieniu bardzo ciekawego szwedzkiego dania jakim jest Tunnbrödsrulle. To taki jakby hot-dog, ale w tradycyjnym wydaniu, bo z jednej strony podany w konfiguracji, do której w tej części świata jesteśmy przyzwyczajeni czyli ziemniaki plus warzywa, ewentualnie inne dodatki, a po drugie Tunnbröd, płaski chleb, używany do tego dania, to jedna z najstarszych form pożywienia. Znana zresztą na całym świecie. Szwedzi są w ogóle bardzo tradycyjni, czego przykładem jest jedno z najważniejszych dla nich świąt - Midsommar, czyli pogańska tradycja, która nie poddała się wpływom religii nowożytnych. Obchodzone jest w najbliższy najdłuższej nocy w roku weekend.

Na przygotowanie tego dania złożyło się kilka czynników:
  • sam pomysł jest bardzo ciekawy
  • jest środek sezonu grillowego
  • jak widać na załączonym obrazku, na działce urosła sałata

  • jest to dobry sposób na wykorzystanie ziemniaków, które pozostały z obiadu
  • ze względu na małą popularność tych języków w Polsce, skandynawskie dania mają bardzo egzotyczne nazwy (Swoją drogą, ostatnio, podczas imprezy, dowiedziałem się od Szwedów, że całkiem dobrze to wymawiam. Znacznie lepiej niż oni Grzegorz Brzęczyszczykiewicz :) )


Jedyne co musimy wcześniej przygotować, to placki. Ja zrobiłem mocno przysmażone naleśniki, a właściwie przypieczone, bo zasadniczo smażenie odbywa się na tłuszczu, a na mojej patelni takowego nie było :)

składniki:
- jakieś parówki
- mąka
- woda
- ugotowane ziemniaki
- musztarda
- ketchup
- cebula
- sałata



Wykonanie:
Z mąki i wody robimy ciasto naleśnikowe, z którego następnie smażymy cienkie duże placki. Ważne żeby były mocno przysmażone.
Ziemniaki ugniatamy z małą ilością wody i musztardy.
Cebulę i parówki przypiekamy na grillu.
Do środka naleśnika kładziemy najpierw pogniecione ziemniaki, na to parówki oraz cebulę,  przyozdabiamy pokrojoną sałatą i polewamy ketchupem. Zwijamy w rulon i możemy zawinąć dół w folię aluminiową żeby nam się nie rozpadło. A nawet jest to wskazane :)


Skandynawskie lato 2017
Skandynawskie lato 2017