czwartek, 22 lutego 2018

Jak zrobić Bukkake (meshi)

Ponad tydzień temu mieliśmy dzień patrona obłąkanych, który popkultura przytuliła do siebie i nadała mu znaczenie dnia zakochanych, co w praktyce oznacza dzień konsumenta.
Tak jak głupie jest pamiętanie o zmarłych tylko w święta zmarłych, tak samo głupie byłoby celebrowanie swojego ewentualnego uczucia do drugiej osoby tylko w tzw. "Walentynki".
Dlatego dobrze jest przygotować czasem coś ciekawego dla swojej drugiej połówki, powiedzmy, bez okazji. Nie ma nic gorszego niż rutyna, która ostatecznie doprowadza do nudy, dla tego eksperymentujcie. Takim ciekawym eksperymentem może być Bukkake. Założę się, że większość moich czytelników tego nie próbowała. Bukakke w języku japońskim oznacza nalewać na i na tej czynności będziemy się skupiać, będzie ona główną rzeczą którą będziecie wykonywać podczas Waszego romantycznego wieczora. No to na ten moment już wiecie, że będziecie nalewać coś na coś. Oczywiście bukkake nie musi być zarezerwowane tylko dla romantycznych wieczorów sam na sam. Człowiek jako zwierze stadne, co do zasady, lubi towarzystwo, dlatego zaproście znajomych. Im więcej tym lepiej :) Zawsze przy okazji takich czynności, które mają część wspólną, bardziej się integrujemy :) W tym wypadku wspólne będzie naczynie. 

Tym razem będzie ono w wersji meshi. Poprzednio robiłem w wersji soba o czym możecie przeczytać tutaj.

Składniki:
- ulubiony bulion
- ryż
- szczypiorek
- kapusta pekińska
- pieczarki


Wykonanie:
Pieczarki podsmażamy. Szczypiorek i kapustę drobno kroimy, a ryż gotujemy.
Na talerz kładziemy ryż, posypujemy go pieczarkami, szczypiorkiem i kapustą, a następnie polewamy talerze po kolei bulionem.
Co do zasady, bukkake je się zimne, dlatego je się je zazwyczaj latem, ale już pisałem, żeby żadne daty nas nie ograniczały :)

środa, 14 lutego 2018

Monachijska kuchnia - bratkartofle i kiełbaski

W wyniku pewnych zawodowych okoliczności zostałem wysłany do stolicy Bawarii. Z racji tego, że przy takich wyjazdach wybiera się transport jaki jest najbardziej dostępny, poleciałem liniami lotniczymi, których ceny biletów są nieco droższe (ale tylko trochę) od tych, których samoloty pomalowane są w żywe kolory. Jaka jest różnica w samym locie? W zasadzie samoloty są te same w przypadku krótkich odcinków. Może tylko lepiej utrzymane. Natomiast oprócz tego, że przysługuje Wam darmowy posiłek i napój (w tym alkohol :) ), to jeszcze nie ma komunikatu o tym, że nie wolno pić własnego alkoholu na pokładzie. Co zresztą i tak nie ma większego znaczenia, bo przez kontrolę go nie wniesiecie i można go zakupić po wyższych cenach w sklepach za bramkami. 

Zanim zacznę opisywać Monachium, przedstawię Wam jedną nadrzędną zasadę panującą w tym mieście. ŻADEN budynek nie może być wyższy niż ten.


Oczywiście bywają wieżowce trochę wyższe, ale są niżej usadowione, dzięki czemu, jeśli spojrzycie na panoramę miasta, wszystko się zgadza :)

Główną atrakcją turystyczną Monachium jest to, że została tam założona NSDAP. Bardzo łatwo możecie spotkać przewodników, którzy poprowadzą Was "Śladami III Rzeszy". Oczywiście nie chodzi o gloryfikację. Główny nacisk położony jest na ofiary systemu i opór w stosunku do nazistów.
Tak oto, obok miejsca, w którym pewien policjant niefortunnie wybrał cel podczas słynnego Puczu Monachijskiego, dzięki czemu nie zmienił losów świata, jest taka mała uliczka ze złotą ścieżką. Chodziło o to, że po dojściu nazistów do władzy, miejsce, w którym wyżej wspomniany pucz został krwawo, choć wyjątkowo łagodnie jak na tamte czasy, stłumiony, zostało święte i każdy przechodzień musiał się tam zatrzymać oraz wykonać pewien charakterystyczny zaadoptowany od starożytnych Rzymian gest. Gorliwości podczas tej czynności pilnowały odpowiednie służby. Ci, którzy nie chcieli tego robić znaleźli sobie inną drogę, aby omijać tamten punkt. Droga szła tędy.


W miejscu, w którym była słynna Bürgerbräukeller. Knajpa, z której ruszył wspomniany pucz, a w której doszło do zamachu na Adolfa Hitlera. Zamach był obywatelską inicjatywą stolarza, który zrobił to po ataku na Polskę.



Pod byłą siedzibą Gestapo, gdzie obecnie znajduje się jeden z budynków uniwersytetu, znajduje się memoriał członków organizacji Biała Róża, z których najbardziej znana, dzięki filmowi z 2005 roku, była Sophie Scholl. To taka grupka studentów, która chciała obalić nazistów za pomocą pokojowych metod.


Oczywiście jest też pomnik ofiar narodowego-socjalizmu.


Hiperpoprawność polityczna doprowadziła do tego, że z Placu Królewskiego, na którym odbywały się defilady, a który był otoczony najważniejszymi budynkami tego systemu, zniknęły zdjęcia tego, co się na nim odbywało wraz z opisem budynków.


W odróżnieniu od takiego Berlina, nie ma tu miejsca na artystyczną finezję. Tu wszystko musi być od linijki, a ewentualna sztuka zamknięta w ramach, dzięki czemu ciężko o jakieś bardzo ciekawe perełki. Większość dzieł sztuki, których właściciele byli bezdomnymi, którzy już żyją znajduje się, między innymi, tutaj.


Bardziej przyziemne pomniki też są. Na przykład pomnik mojego ulubionego zwierzęcia.


Albo pomnik z bajki wymyślonej przez moich ulubionych baśniopisarzy, którzy przedstawiali w swoich działach nietuzinkowe sposoby radzenia sobie z głodem, o czym pisałem tutaj.


Monachium to oczywiście bardzo ładna, symetryczna architektura, tak jak Karlstor, jedna z trzech słynnych bram, a za nią jedna z najdroższych ulic na świecie. Większości sklepów, ze względu na bardzo wysoki czynsz, teoretycznie nie opłaca się tam stacjonować, ale jeśli nie ma Cię na tej ulicy, to tak jakby nie było Cię w ogóle.


Czy słynny XIX wieczny ratusz, z ruchomymi figurkami na Placu Mariackim. 


Całkiem niedaleko w kościele znajduje się szkielet wysadzany szlachetnymi kamieniami. Ot taki Power Play :)


Statuy Wolności co prawda nie ma, bo byłaby to ironia jeszcze większa niż ta nowojorska, ale duży pomnik Bavarii jest. Spod niego lub nawet z niego, możecie się przekonać czy mówiłem prawdę przy okazji pierwszego zdjęcia.


W okolicy całkiem przyjazny park, po którym biegają króliki i górujący nad nimi ślimak :) Prawie jak u de La fontaine'a :)


Jedna z niewielu (relatywnie) instalacji artystycznych. Schody do nieba czyli schody donikąd.


W 1972 roku w Monachium była olimpiada. Właściwie igrzyska jak każde inna, ale na tej palestyńscy bojownicy zabili izraelskich sportowców w odpowiedzi na politykę Izraela w stosunku do Palestyny, co upamiętnia kamienny memoriał. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i tak samo jak III Rzesza uznawała członków oddziału specjalnego AK Zagra-Lin za terrorystów, tak i tu część osób robiła sobie zdjęcia ze smutnymi minami, a część z podniesionymi pięściami.
Z filmu Stevena Spielberga możecie się dowiedzieć o części konsekwencji tej sytuacji, ale czego się nie dowiecie, to że po tym została w Niemczech założona GSG-9 jedna z najlepszych jednostek antyterrorystycznych na świecie.

Są też memoriały, przy których prawie wszyscy przychodzący są smutni. Na przykład ten upamiętniający Michaela Jacksona.


Z kuchnią tam jest ciężko. O ile Niemcy potrafią być bardzo dobrymi cukiernikami, o tyle ich kuchnia to nie jest pokaz finezji :) Właściwie to głównie ziemniaki, zalane olejem, kiełbasy, które można włożyć w każdy rodzaj pieczywa i wieprzowina, podana w niezbyt pracochłonny sposób. Żeby to bardziej zobrazować podam Wam dwie anegdotki.
  • Pewna starsza pani po powrocie z Polski była zaskoczona, ze może być tyle rodzajów zup.
  • Dzieci nie mogły się nadziwić, kiedy na obozie dostały na obiad schabowego
Pewnie dlatego taką popularnością cieszą się knajpy z obcą kuchnią. Taka jak ta, w okolicy Placu Mariackiego, gdzie płaci się tylko raz i je się do momentu, aż już więcej nie można. Bardzo często można tam spotkać obcych rozmawiających w naszym języku :)



Dam wam jeszcze trzecią anegdotkę. W pewnym zakładzie pracy na lunch ludzie jedli parówki z musztardą. Zarówno to, jak i zakupy w markecie zainspirowały mnie do stworzenia tego dania. Widzieliście kiedyś gotowe smażone ziemniaki na sklepowej półce ?:)

Składniki:
- parówki
- ziemniaki
- cebula
- musztarda


Wykonanie:
Ziemniaki gotujemy, studzimy (chyba, ze używamy ostudzonych z dnia poprzedniego), kroimy w plasterki i podsmażamy na patelni z pokrojoną cebulą. 
Parówki gotujemy w wodzie.

Oczywiście Monachium to dobre piwo. Choć lokalne hell bywało dla mnie za słodkie, były też i przypadające mi do gustu gatunki. Oczywiście można było wypić bardzo dobre, w jeszcze ładniejszym miejscu, ale też za ładną cenę.


Natomiast ja podejrzałem co pija się na ulicach i znalazłem bardzo dobry gatunek dla siebie, który spożywałem zgodnie z panującym w tej części świata zwyczajem :) Moje odkrycie. W porównaniu, do najtańszego Paulanera, bardzo wytrawne.


środa, 7 lutego 2018

Indiańskie pączko-chrusty czyli frybread Navajo - idealne na wyprawę

Jutro tłusty czwartek. Trochę zmieniona starosłowiańska tradycja w wyniku której żegnamy wiosnę. Zmieniona, bo wbrew temu co się próbuje nam wmówić, zima ma się całkiem dobrze.
W każdym razie tego dnia jedni jedni jedli kulki ciasta chlebowego, a drudzy okrągłe placki, które symbolizowały słońce, bo w końcu tego będzie wiosną więcej.
Przepis, który zaprezentuję jest połączeniem obu.
Żeby Was nie zanudzić, to wyjątkowo zacznę od przepisu, a później pokażę, gdzie miały, w moim przypadku zastosowanie :)
Przepis powstał dzięki Indianom Navaho, szerszej publiczności znani z tego, że w czasie wojny na Pacyfiku służyli jako szyfranci, gdyż Japończycy nie znali ich języka. Jak wielu natywnych mieszkańców zostali wyrzuceni ze swojej ziemi. Tam gdzie przyszli nie zdążyli jeszcze sobie wyhodować fasoli i warzyw, do których przywykli, ale dostali od wspaniałomyślnego rządu USA mąkę i zrobili takie chlebki, zasługując na tytuł prawdziwych kryzysowych kucharzy.
Obecnie dodaje się do nich proszku do pieczenia, którego, siłą rzeczy wtedy nie mieli :)
Normalnie robi się je ze zwykłej mąki, dzięki czemu są bardziej pofalowane i jaśniejsze, ale ja zrobiłem z pełnoziarnistej, bo ten ciemny kolor mi się podoba :) Wyglądają tak dobrze, że możecie wsadzić sobie je w bułkę i wciskać w pracy kit, że macie schabowego :)

Robi się je też z cukrem, a przepis eksa prosty :)

Składniki:
- mąka pełnoziarnista
- proszek do pieczenia (płaska łyżeczka na pół mąki)
- olej
- woda
- trochę soli


Wykonanie:
Do mąki dodajemy trochę oleju, soli, proszek do pieczenia i tyle wody, aby po ugnieceniu mieć ciasto które nie będzie lepić się do rąk. Formujemy owalne placki i smażymy na głębokim oleju.

Oprócz tego, że wspaniałomyślnie pozwolono mi je wnieść na pokład samolotu, gdzie w połączeniu z darmowym piwem komponowały się wyśmienicie, były także przydatne podczas wycieczki, którą odbyłem następnego dnia do Wąwozu Partnachklamm. 

Być tak blisko gór i nie skorzystać? Nie ma opcji!

Wycieczka zaczyna się w Garmisch-Partenkirchen. To takie jakby Zakopane, tylko, że leży bliżej gór:) Jest tam skocznia, której rekord pobił Adam Małysz. Rekord jest niemożliwy do pokonania, bo skocznie przebudowano :)


Potem dochodzimy do wąwozu, w którym idziemy wzdłuż płynącej rzeki. Jest dużo bardziej bezpiecznie niż w Słowackim Raju, o którym pisałem tutaj, gdyż idziemy wykutymi w ścianie tunelami.


Za to jest ciaśniej. Ten wąwóz prezentuje nieco inny poziom estetycznej rozrywki.


Nie ukrywam, że cieszę się iż właśnie o tej porze roku tam trafiłem :)



Wąwóz ma w najwyższym punkcie 80 m głębokości. To prawie tyle co 3 wieżowce :)


W Polsce mamy prawie samych Alpinistów, dlatego każdy szuka w górach czego innego. Ja w każdym razie szukam spokoju i takich widoków :) Takie mnie właśnie czekały na końcu trasy. Niestety dla mnie same szczyty są niedostępne, ale dla wspomnianych wyżej, jak najbardziej ;)


czwartek, 1 lutego 2018

Succotash z czerwonej fasoli

A było to tak. Był sobie kiedyś gość który pomyślał, że jak popłynie na zachód od Europy to opłynie planetę dookoła i dopłynie do Azji. Nie skomunikował się z legendarnym Janem z Kolna i trafił na dziwny ląd. Pochwalił się tym kolegom w Europie, którzy uznali to za dość ciekawy kierunek migracji. Problem w tym, że ląd był zamieszkały, ale zgodnie z prawami fizyki, gdzie większa siła wygrywa, został on rozwiązany.
Na początku przybyszom nie żyło się za dobrze i korzystali z pomocy natywnych mieszkańców, w podzięce za to zaprosili ich na wieczerzę, podczas której ci drudzy nauczyli ich wytwarzać właśnie to danie. Z racji tego, że historia stosunków białych i czerwonych była raczej krwawa, głównie w wyniku inicjatywy tych pierwszych, rocznicę tej wieczerzy obchodzą jak coś niebywałego.
Natywni mieszkańcy, ich wierzenia i styl życia, stali się jeszcze bardziej legendarni niż wspomniany wyżej Jan z Kolna. Szersza publiczność poznała ich w wyniku twórczości literackiej jednego Niemca, który nazywał się Karol May, a mniejsza dzięki twórczości Davida Lyncha.

Głównymi składnikami tego dania są kukurydza i fasola. Rodzaj fasoli zależy od regionu. Później zostało one stunningowane za pomocą pomidorów. 
Potrawa, ze względu na swój budżetowy charakter przeżyła prawdziwy renesans podczas wielkiego kryzysu.

Składniki:
- puszka czerwonej fasoli
- puszka kukurydzy
- ketchup


Wykonanie:
Kukurydzę odsączamy i mieszamy w garnku z fasolą, którą wlewamy razem z zalewą. Dodajemy trochę ketchupu i podgrzewamy.


Nasiona roślin strączkowych na talerzu 2.


czwartek, 25 stycznia 2018

Puttu z curry z soczewicy

Puttu, nie mylić z programem, dzięki któremu pracownicy ukrywają swoją aktywność internetową, to, co do zasady, taki rulonik z ryżu wymieszanego z wiórkami kokosowymi, co do zasady również gotowany na parze w specjalnych naczyniach. Co do zasady, bo zarówno zdąża się, że czasem kucharz dorzuci coś od siebie do tych składników jak i zdarza się, że ktoś, tak jak ja nie ma tego specjalnego pojemnika.
Początkowo chciałem użyć puszki od piwa i kawiarki, ale długo to trwało i były problemy z uciekającą parą. Ostatecznie zawinąłem to w folię aluminiową, którą trochę podziurawiłem i ugotowałem w wodzie :) Myślę, że ugotowanie na parze też by się udało, ale już byłem bardzo głodny i straciłem trochę czasu dzięki pierwszej porażce.
Termin curry zasadniczo się nam kojarzy z taką żółtą przyprawą. Wszystko dzięki Anglikom. Daleko na wschodzie, curry oznacza mniej więcej tyle co sos :)
Zgodnie z obowiązującą w Indiach modą, jedzone w pojemniku przed komputerem w pracy :)

Składniki:
- ryż
- wiórki kokosowe
- zielona soczewica
- banan
- cebula
- koncentrat pomidorowy
- chilli
- kmin rzymski



Wykonanie:
Ryż mieszamy z wiórkami kokosowymi, zawijamy w folię aluminiową, robimy dziurki w tak powstałej paczce i gotujemy, najlepiej na parze.
Soczewicę gotujemy.
Cebulę kroimy w półplasterki i podsmażamy z rozdrobnionym bananem. Dodajemy koncentratu i dolewamy trochę wody. Doprawiamy kminem i chilli wedle uznania oraz mieszamy z soczewicą.


Nasiona roślin strączkowych na talerzu 2.

wtorek, 16 stycznia 2018

Niepaella z Barcelony

Korzystając z okazji, zakupiłem bardzo tanie bilety do Barcelony i dzięki gościnności starego znajomego mogłem sobie pozwolić na budżetową wycieczkę. Co jest niezmiernie trudne w tym mieście. Na mieszkańców Katalonii mówią el Polacos. Teorii jest wiele, ale jedna z nich mówi, że to dlatego, że są skąpi jak Polacy. Jest tam tak trochę jak na Podhalu, jeśli wiecie o co mi chodzi :) Nie sądziłem, a sporo podróżuje, że trafię do miasta droższego niż Paryż :) Nie zmienia to faktu, że się zakochałem od pierwszego wejrzenia. Nie tylko chodzi o architekturę, która mnie mocno zachwyciła.


Ale też o atmosferę. Dawno nie byłem w mieście, w którym się czułem tak swobodnie i bezpiecznie.

Jeśli już mowa o architekturze, to jednymi z głównych atrakcji turystycznych są te zaprojektowane przez tutejszego architekta Gaudiego.




Można je nawet zwiedzać, ale cena 30 euro skutecznie hamuje nasze zapędy.

Najsłynniejszą budowlą jest Sagrada Familia. Budowla, której nie mogą skończyć od 140 lat. Co w XXI wieku wydaje się nieprawdopodobne, bo przecież egipskie piramidy zbudowali szybciej. Oficjalny powód jest taki, że plany zostały spalone przez anarchistów podczas wojny domowej, a prawda jest taka, że jako nieskończona stanowi lepszą, bo intrygującą atrakcję niż gdyby nie była w okół niej zbudowana otoczka wiecznie trwającej budowy.
W okolicy jest też polski sklep, gdybyście chcieli się napić dobrego piwa, bo to miejscowe nie zasługuje nawet na taką nazwę :)


Pomniki też są. Np. na placu słońca.


Teoretycznie najbardziej popularnym zwierzęciem jest jaszczurka, ale ten pomnik kota, z jakiegoś powodu jest równie popularny. I, w przeciwieństwie do jaszczurki, za darmo :)


Trafiają się też instalacje użytkowe.


Szczytem pragmatyzmu jest przerobienie starej fabryki na park.


Najładniejsza dzielnica to Barri Gotic. Uliczki niewiele się zmieniły od czasu średniowiecza.


Polecam ją zwiedzać w taki sposób jak doradzał Guy Debord czyli swobodnie dryfując za doznaniami. 



Zielone fontanny z wodą pitną, jakie pokazywałem przy okazji pobytu w Paryżu też są, ale zwróciłem uwagę na bardziej urokliwe wodopoje.


Jest tam słynna ściana, przy której dokonywano egzekucji podczas wspomnianej wcześniej wojny domowej. O co poszło? W skrócie były wybory, które wygrało inne ugrupowanie niż zazwyczaj, a te drugie nie mogło się pogodzić z tym, że nie ma już władzy. 


Miłośnicy literatury znajdą również komizm sytuacyjny na placu Orwella i znajdujące się na nim ogłoszenia o monitoringu :)


Mimo, że jest to droga dzielnica, całkiem niedaleko znajduje się miejsce, w którym można się najeść za ok 4 euro. Tzn. płacimy raz i mamy nieograniczone możliwości dokładki :)


Co mi się bardzo podobało, to że w okół miasta są góry, z których można podziwiać piękne widoki, tak jak tutaj z Montujic. 
Na dole widzimy nieczynną arenę do walk byków. Katalończycy chcąc pokazać, że są bardziej humanitarni niż reszta, zakazali walk na swoim terenie. Co prawda Madryt kazał im ostatnio powrócić do tej tradycji, ale póki co żadne walki się tam nie odbyły.


Na górze znajduje się miasteczko olimpijskie, które wygląda jak lądowisko gwiezdnej floty. Mają rozmach...


A także cmentarz z częścią historycznie zasłużonych. Co ciekawe, spotkać tam kogoś graniczy z cudem.


Jest też forteca z XVII wieku, do której też jest płatny wstęp, ale na szczęście najlepsze działa są na zewnątrz :)



Po innej stronie miasta jest bunkier del Carmel. Miejsce, do którego wszyscy przychodzą na imprezę. Jakbyście mieli wątpliwości czy dobrze idziecie, to macie drogowskazy :)


Stamtąd mamy widok na dwie części miasta. Na zdjęciu słynne dildo, które znacznie lepiej prezentuje się w nocy i z daleka.


kolejnym wzgórzem jest Tibidabo. Na górze jest kościół z wesołym miasteczkiem. Wjazd kolejką, na tym samym bilecie co metrem.


Prawie jak w Rio :) Kościół darmowy, o dziwo.


Jednak najbardziej znane jest wzgórze, na którym jest park Guell. Jest tam słynna mozaikowa jaszczurka, jednak żeby ją zobaczyć trzeba zapłacić ponad 8 euro. Za to wiele ciekawych miejsc jak to na zdjęciu jest darmowa.


Oprócz szparagów, które rosną dziko w okół miasta, można też spotkać opuncje. Jeśli ktoś nigdy nie zrywał to niech zastosuje się do zasady bez kija nie podchodź. Najpierw trzeba w nie uderzyć kilka razy aby opadła spora część igieł. Następnie zrywamy w rękawiczkach i wrzucamy do wody. Mieszamy, aby reszta odpadła kolejna część igieł. Dopiero wtedy obieramy.


Choć dla mnie największą ciekawostką kulinarną były szalotki, które przygotowuje się w żarze. Niestety nie dane było mi ich spróbować.


Barcelona leży także nad morzem. Plaże całkiem spore, także nie trzeba zajmować wcześniej miejsca kilkoma parawanami.


Pamiętajcie, że Kolumb musiał najpierw z oczu stracić Hiszpanię, zanim znalazł Amerykę.


Każde szanujące się turystyczne miasto musi mieć ciekawą fontannę :)


Łuk triumfalny też mają.


Jak widzicie handlarze mają swój towar na prześcieradłach. Wynika to z tego, że kiedy widzą policję zwijają to jak tobołek i uciekają, gdyż w przeciwnym wypadku zarówno towar jak i pieniądze ulegną konfiskacie. Handlarze są bardzo mili i wyjątkowo nienachalni.


Postanowiłem przygotować coś na miejscu. Jednocześnie udzielając wskazówek komuś kto zastanawiałby się jak zjeść tanim kosztem. Zrobiłem coś na kształt paelli, ale nie do końca, gdyż oryginalna paella jest z szafranem, który jest droższy od złota. Większość ludzi tutaj, co prawda, dodaje kurkumy, ale i tak głupio. Wykorzystałem najtańsze lokalne składniki, do kupienia w każdym markecie i patelnie do paelli. Sangria też jest z marketu :)

Składniki:
- mrożona mieszanka lokalnych grzybów (pieczarka, boczniak mikołajkowy, łuskwiak nameko, twardnik japoński)
- mrożone karczochy (które są tu tańsze niż we Francji)
- cebula
- ryż


Grzyby podsmażamy z cebulą. Kiedy trochę zmiękną dodajemy karczochy. Dosypujemy ryżu i dusimy co jakiś czas mieszając i dolewając ewentualnie wody.