sobota, 14 stycznia 2017

Smażony ryż z kimchi

Chciałabym żeby ludzie wiedzieli, że gotowanie z Kimchi jest niesamowite

Lauryn Chun dla New York Times

Tam daleko jeszcze dalej niż w Himalajach jest taki kraj Korea. Właściwie to dwie, bo w wyniku zawirowań politycznych został on podzielony na dwie części. Większa publiczność zna go z filmu Najlepsi z najlepszych, a mniejsza z akcji koreańskich branek dla japońskich żołnierzy za co Japonia nigdy nie przeprosiła. 
W każdym razie, jak już wspomniałem, mamy Koreę Północną i Południową. W północnej kultura kulinarna jest raczej uboga, za to są bardzo ciekawe kary np. rozstrzelanie za pomocą moździerzy. W południowej jedzenia jest nieco więcej, a za karę można zostać zesłanym do Polski. 
Oprócz tego, że jedzą tam psy, to również mają taki wynalazek jak Kimchi. To jest jak nasza kiszona kapusta tylko trochę inna :) Jest to bardzo ciekawy dodatek, który niektórzy kładą nawet na pizzę. Poza tym jest zdrowa jak każda kiszonka. Szczególnie o tej porze roku.

Robi się go bardzo prosto. Kapustę pekińską kroimy i wsypujemy do miski. Przygotowujemy pastę zrobioną z sosu sojowego zmieszanego ze sproszkowaną ostrą papryką. Jak ktoś chce to może część zastąpić słodką, ale jednak musi to być ostre. Nacieramy kapustę pastą, dodajemy potartą marchewkę i upychamy do słoików. Ja swoje otworzyłem chyba po 3 miesiącach, ale pewnie miesiąc wystarczy. 

Smażony ryż to taki wynalazek, który daje ryżowi nowe zycie, więc jak Wam zostało trochę ryżu to wystarczy go podsmażyć i dodać kimchi, które przeobrazi każdą potrawę w coś ciekawego.

Składniki:
- ugotowany ryż, taki z poprzedniego dnia
- cebula
- szczypiorek
- kimchi


Wykonanie:
Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy pokrojony szczypiorek. Dodajemy ryż i smażymy cały czas mieszając. Dodajemy kimchi, dobrze mieszamy i smażymy chwilę.

Dania z resztek


sobota, 7 stycznia 2017

Trendy kulinarne 2017 - sztuczne mięso, gotowanie z odpadków i gofry

Tradycyjnie, jak co roku, wpis o nadchodzących trendach kulinarnych. Ze statystykami jest tak, że jak w jednym gospodarstwie domowym mąż pali paczkę papierosów dziennie, a żona nie pali w ogóle, to oboje palą 10 papierosów. Trendy wykazują co najwyżej statystyczny wzrost zainteresowania takim, a nie innym zjawiskiem. Nie oznacza to w cale, że takie zainteresowanie będzie zawsze i wszędzie oraz nie oznacza to w cale, że nie zmieni się za chwilę w coś zupełnie odwrotnego. Niemniej jednak te, o których wspomnę dojrzewają już od jakiegoś czasu i myślę, że prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest większe niż prawdopodobieństwo stanu atmosfery w długoterminowej prognozie pogody. Tym bardziej, że opisują je w prasie specjalistycznej znacznie bardziej wyspecjalizowane umysły niż ja i Wy :)

W każdym razie, tegoroczne kierunki rozwoju gastronomii są mi bardzo bliskie, zwłaszcza ten o gotowaniu z odpadków. Kolejność przypadkowa:

  • gotowanie z odpadków - Nie wiem od czego to się zaczęło. Czy chodziło o kwestie moralne czy po prostu o ograniczenie odpadków. Od jakiegoś czasu trąbi się o tym na lewo i prawo, i oprócz skostniałych instytucji, które gdzieś tam coś w tej kwestii robiły oraz grupki nieistotnych z poziomu statystyki "świrów", zaczynamy słyszeć o tym na każdym kroku. W każdym razie teraz możemy mówić o modzie, bo oprócz tego, że przybywa tych, którzy na marnowanie jedzenia nie mogą sobie pozwolić, przybywa również tych, którzy mogliby marnować ogromne ilości jedzenia, ale uznali, że fajnie jednak tego nie robić. Z modami bywa tak, że lubią przemijać, w każdym razie w tym roku będą na topie przepisy z takich części warzyw, które zazwyczaj lądują w śmietniku. Nie ukrywam, że to mój kierunek, o czym wiedzą najwierniejsi fani, którzy pamiętają choćby moją serię wpisów o przepisach ze starego chleba.
  • domowa kuchnia - Pytanie brzmi, czy wygra z ekonomią? Na pewnych płaszczyznach na pewno. Ludzie są skłonni zapłacić więcej, za rzecz znacznie lepiej przygotowaną. Oczywiście ci, którzy mają czym zapłacić :)
  • sztuczne mięso - Nie, to nie jest triumf moralności, to czerwona lampka, która mówi nam, że mięso się kończy. Co nie powinno nikogo dziwić zważywszy, że więcej w nie wkładamy niż wyciągamy. Najbardziej popularny zamiennik mięsa tj. białko pszeniczne starł się niestety z teorią glutenu, której twórca sam się z niej wycofał, ale mimo to idzie łeb w łeb z białkiem sojowym.
  • gofry - chodzi tu o wytrawny dodatek, nie jako bazę do deseru. Od jakiegoś czasu modny za oceanem, zaraz po tym w zachodniej Europie. Widziałem go już w Europie Środkowo-Wschodniej kiedy byłem w Budapeszcie. Zważywszy, że Węgry są bardziej proeuropejskie niż Polska, nie jest powiedziane, że do nas też dojdą, ale jest to nawet prawdopodobne. Zwłaszcza, że idea polskich fast-foodów z bigosem umarła wraz z Andrzejem Lepperem.
Zgodnie z tymi trendami przygotowałem pieczeń ze sztucznego mięsa z gofrem z odpadków i surówką z części warzyw uznawanych co najmniej za mało wartościowe. 

Składniki:
- mąka pszenna
- kostki bulionowe
- marchewka
- cebula
- musztarda 
- mieszanka przypraw do mięsa
- olej
- "wczorajsze" ugotowane ziemniaki
- łodyga brokułu
- głąb kapusty
- jabłko


Wykonanie:
Z prawie całej ilości mąki i wody robimy ciasto. Taką zbitą kulę, która zachowuje kształt i nie lepi się do ręki. Wkładamy je do lodówki na godzinę. Umieszczamy nasze ciasto w misce z wodą i ugniatamy. Kiedy woda zabarwi nam się na biało, a na początku zdarzy się to dość szybko, wymieniamy wodę i dalej ugniatamy. Kiedy woda będzie już względnie czysta, oznacza to to, że wypłukaliśmy co trzeba i w ręku powinna nam pozostać galaretowata substancja. Wkładamy ją do gotującego bulionu i wyjmujemy po kiedy zwiększy objętość, czyli po jakiejś godzinie do półtorej. Po ugotowaniu studzimy nacieramy olejem z przyprawą do mięsa i tak marynujemy kolejną godzinę. Marchewkę trzemy a cebulę kroimy w półplatserki. Wkładamy razem z pieczenią do rękawa, lub brytfanki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni jakąś godzinę. 
Odrobinę mąki zasmażamy na oleju, dodajemy wodę i dobrze mieszamy. Dodajemy warzywa z pieczeni i łyżkę musztardy. To będzie nasz sos.
Resztki marchewki, cebuli, "wczorajszych" ziemniaków i innych rzeczy, które przyjdą nam do głowy trzemy , drobno kroimy lub ugniatamy jeśli było ugotowane, dodajemy trochę mąki i wody, i taką masę umieszczamy w gofrownicy.
Czas na surówkę. Łodygę brokułu, głąb od kapusty i jabłko trzemy na drobnej tarce. Dodajemy soli, pieprzu i oleju.



Dania z resztek

piątek, 30 grudnia 2016

Wywiad - Jak wyglądały święta podczas okupacji oraz przepis na okupacyjną polewkę.

Pewnego razu przy okazji wpisu o kryzysowej wigilii, jeden z moich stałych fanów napisał, że jest ciekawy jak wyglądała wigilia podczas okupacji. Nie bardzo miałem kogo zapytać jeśli chodzi o moją rodzinę, ale w końcu dzięki mojej koleżance Marcie dotarłem do pana Włodzimierza, który wraz z żoną mieszka całkiem niedaleko ode mnie. Jako, że pan Włodek lubi opowiadać tak samo jak ja, to zgodził się mi udzielić wywiadu jak to wyglądało w tym czasie, a moderacją  zajęła się jego żona Halina. Pan Włodzimierz w czasie wojny mieszkał w pod poznańskiej Wrześni, a jego żona w pod warszawskich Włochach. Było tam tyle opowieści, że mógłbym siedzieć do rana. Tym bardziej, że umysły bardzo świeże. Trochę musiałem okroić rzecz jasna, trochę dodałem ciekawych rzeczy poza tematem jedzenia. W każdym razi zapraszam do lektury i do zapoznania się z przepisem.

Osoby:

- Kryzysowa Książka Kucharska - w skrócie K
- Pan Włodzimierz - w skrócie W
- Pani Halina - w skrócie H


Pan Włodzimierz wraz z małżonką Haliną.


K: Co się jadło na święta podczas okupacji?

W: Wszystko to co było, a wszystko było na kartki. Była grupa Polaków uprzywilejowanych, nie Volksdeutschów, tylko takich którzy lepiej pracowali. To oni dostawali trochę lepsze kartki, ale to i tak były tylko trochę większe przydziały niż kartki Polaków, a znacznie mniejsze niż Niemców. 

H : Ale powiedz Panu co na te kartki dostawałeś?

W: Mięso i wędliny.

H: Jakie?

W: Był to najgorszy asortyment mięsa i wyrobów wędliniarskich. Z wyrobów, to co zapamiętałem to była wątrobianka i metka. A z kiełbas był tylko jeden gatunek. Bez kartek można było kupić, tylko jeden raz w tygodniu, bułczankę. To było coś w rodzaju kaszanki, ale z bułki. Wtedy do rzeźnika się szło z naczyniem, bo bułczankę sprzedawano razem z rosołem (wodą zmąconą popękanymi bułczankami). Po przyniesieniu do domu, podgrzewało się ją w tej zalewie i konsumowało z dodatkami. Dodatkami było ziemniaczane puree i gotowana kiszona kapusta. Natomiast na wywarze z bułczanki gotowało się zupę jarzynową i dania jednogarnkowe.
U rzeźnika kupując wyroby na kartki, można było kupić kości bez kartek.
Podstawowe dzienne menu to rano i wieczorem zupy mleczne i do tego ziemniaki i chleb. W południe obiad w postaci zupy jarzynowej w formie takiej potrawy jednogarnkowej. Z zup mlecznych najczęściej spożywana była polewka.

Przepis na polewkę:


Składniki:
- woda
- maślanka
- mąka pszenna
- mleko

Wykonanie:
Do garnka wlewa się wodę i gotuję. Maślankę wlewa się do osobnego garnuszka. Do tego się daje mąki. Miesza się to wszystko. Taki był obowiązkowy kwierlek zrobiony z czubka choinki. Takie mieszadło. To się zalewało na gotującą się wodę. Następnie do tego dolewało się mleka i trochę się soliło. Za okupacji nie było masła to się nie dawało, ale teraz się trochę daje. Myśmy to przeważnie jedli z ziemniakami. Do tego chleb. Na wsi to jedli z białym serem, bo jednak mleka było więcej. U nas mleko było na kartki, ale takiej jakości, że było koloru szarego.

Czasami, żeby sobie urozmaicić trochę to jedzenie, to się kroiło skibkę suchego chleba, polewało się to wodą. Posypywało cukrem i tak się jadło. Cukier też był na kartki i dostawało się nieduże ilości.

K: Czy to było jako deser?

W: Nie, to było takie jedzenie jak się chciało jeść i chciało się trochę urozmaicić.

Rodzina nasza składała się z rodziców i trzech chłopaków, której zapotrzebowanie do zaspokojenia głodu było dość duże. Natomiast przydziały kartkowe były bardzo małe. Stąd istniała potrzeba zadbania o żywność i zgromadzenie dodatkowych artykułów żywnościowych, a w szczególności chleba. Pomocne w tym było ziarno żyta, które można było kupić u gospodarza i to tylko u znajomego. Sprzedaż zboża (żyta i pszenicy) była zakazana przez okupanta, a co za tym idzie karalna. Jako, że rodzina miała krewnych na wsi to tam też kupowaliśmy żyto.
Żyto moczyło się w wodzie przez 12 godzin, następnie mieliło dwukrotnie w maszynce do mięsa. Masę tą wyrabiało się na ciasto. Z przygotowanej masy formowało się bochenki chleba i kładło się po dwa na blaszce. Piekło się u najbliższego piekarza.
Przygotowaniem i wyrabianiem chleba zajmowaliśmy się raz w tygodniu. Głodowe racje chleba na kartki i dodatkowo wypiekany chleb musiały wystarczyć na jeden tydzień dla całej rodziny. Przygotowanie masy z żyta trwało ok 1,5-2 h.
Do wyrabianej masy dodawaliśmy trochę mąki żytniej, którą kupowaliśmy na przydziały kartkowe. Mąki w wolnej sprzedaży nie było nawet dla  Niemców.

K: A obiad?

W: Przygotowanie obiadu dla 5-osobowej rodziny w warunkach okupacji stwarzało ogromne trudności. W dodatku u nas pracował tylko ojciec, a mama zajmowała się gospodarstwem domowym. Racje żywnościowe były bardzo małe i głównie były tu artykuły pierwszej potrzeby jak tłuszcze, artykuły mączne, mięso i wędliny. Dlatego główną formą pomocy była hodowla drobiu i królików, których hodowanie nie było zabronione. Z tego nikt nie musiał się tłumaczyć przed okupantem. Przez cały rok zajmowaliśmy się hodowlą, było to nasze dodatkowe zajęcie. Zwierzęta zjadały duże ilości paszy takiej jak trawa, buraki ćwikłowe, marchew i ziemniaki. W początkowym okresie okupacji mieliśmy własną ziemię i dobre warunki. Gorzej było gdy Niemcy odebrali nam ziemię i zabudowania. Po to by dalej hodować zwierzęta musieliśmy wydzierżawić trochę ziemi i tam uprawiać warzywa dla nas i na paszę.
W każdym tygodniu zabijaliśmy jednego królika. Zakupione mięso na kartki wraz z tym z własnego uboju było racjonalnie dzielone na każdy dzień tygodnia. Jak już wspominałem na śniadanie i kolację jadaliśmy zupy mleczne, a na obiad był tzw. Eintopf - jeden garnek. Były to zupy na jarzynach z niewielką ilością mięsa lub kości wieprzowych zagęszczone ziemniakami i kaszą jęczmienną. Głownie robione z takich składników jak kapusta zwykła, włoska, jarmuż, brukiew żółta, buraki ćwikłowe, a także groch i fasola. Obiad składający się z dwóch dań był tylko w niedzielę.
W piątki tradycyjnie były plenze (placki ziemniaczane) smażone na tranie. Tran kupowaliśmy w aptekach u znajomego polskiego aptekarza. W oczach władz niemieckich było to przestępstwo.

H: Ja pamiętam jak było oblężenie Warszawy i byłam z mamą w szpitalu. Przynieśli fasolówkę. Ja do tej pory nie potrafię takiej fasolówki zrobić, taka była pyszna. Cokolwiek bym nie robiła, nie ma takiego smaku.  Jednak głód to najlepsza przyprawa...


K: A w Boże Narodzenie?

W: Każde święta Bożego Narodzenia obchodziliśmy tradycyjnie. Do świat przygotowywaliśmy się już od początku grudnia. Przydziały kartkowe zostawialiśmy niewymienione, także na okres świąt w sklepach musiało być tego trochę więcej. Stąd sprzedawcy w sklepach wiedzieli, że w dwóch lub trzech tygodniach poprzedzających okres świąteczny nastąpi zmniejszenie popytu. Na kartce z danego miesiąca dokonywano zapisu niewykupionego towaru, który można było wykupić przed świętami. W ten sposób święta były trochę bogatsze, szczególnie w wędliny i mięso. Takich rarytasów jak czekolada, pomarańcze, cytryny, rodzynki czy banany Polacy nie znali. Przydziały świąteczne były tylko dla Niemców, ale i tak w ograniczonych ilościach. Na święta pieczono strucle makowe, placek drożdżowy z kruszonką, a czasami piernik na wcześniej przygotowanej melasie wyprodukowanej z buraków cukrowych. W wigilię jedliśmy zupę rybną z pasty rybnej, grzybową albo barszcz z czerwonych buraków z kluskami. Była też smażona ryba - karp. Gdzie rodzice ją kupili, nie pamiętam.
.

K: A pierogi? Kapusta z grzybami?

Pierogów u nas nie było. To był wschodni zwyczaj, tak jak kutia.
Była kapusta kiszona gotowana z grochem i kapusta z grzybami. Do ryby podawany był zwykły chleb żytni, bez ziemniaków. Przygotowywano też kluski z makiem, tzw. makiełki. Podawano też kompoty ze śliwek i gruszek. Pod koniec okupacji pieczono piernik gdzie w miejsce melasy dawano marchew.

Jak Polacy sobie jeszcze radzili. Okupant dopuszczał hodowanie świń, które potem zabijano po uzyskaniu specjalnego zezwolenia, na własne potrzeby. Trzeba było mieć do tego warunki, zabudowanie i miejsca na uprawianie paszy. To jednak powodowało, ze na jakiś czas kartki na mięso były odbierane. Odbywało się to wszystko pod nadzorem urzędnika miejskiego, który w wyznaczonym terminie wysyłał policjanta w celu przeprowadzenia kontroli. Był to najczęściej Niemiec, który szedł tam bardzo chętnie, bo wiedział, że dostanie łapówkę w postaci kawałka mięsa. Zwłaszcza kiedy ktoś zabił dwie świnki, a zgłosił jedną.  Warunek był taki, że do kontroli musiał zostać tylko jeden łeb, 4 nogi i jeden ogon. 

H: W trakcie opowiadań męża przypomniałam sobie o dyżurach związanych z nalotami i akcjami Gestapo. Panowie byli na specjalnych dyżurach, podczas których grali w karty i jedli placki ziemniaczane dostarczane im przez mieszkańców, gdzie zamiast cukru dodawano do ciasta cebulę.
Podczas nalotu wszyscy chowali się do specjalnego schronu. Starsze panie miały tam swoje miejsce gdzie był ołtarzyk, oddzielny kącik był dla panów którzy grali w karty, oddzielny dla pań, które sobie plotkowały i oddzielny dla dzieci, które miały niezłą uciechę, bo mogły się beztrosko bawić.

W: Choinkę też się ubierało, ale jedna rzecz która musiała być zrobiona to zaciemnienie. W mojej miejscowości najmniej byliśmy zagrożeni bombardowaniami aliantów. Samoloty zapuszczały się najdalej do Poznania. Byliśmy jednak zobowiązani do utrzymywania zaciemnienia. Ulice miasta również nie były oświetlone. Jednak w przedostatnim i ostatnim roku okupacji czasami oświetlano pojedyncze ulice na naszym osiedlu. To było oznaką, że będą wywozić jakąś rodzinę do Generalnej Guberni. Dlatego u nas w domu każdy miał przygotowany plecak z najpotrzebniejszymi artykułami i rzeczami do przeżycia podczas transportu i na najbliższe godziny. Podczas takiej akcji każdy miał kilka minut na spakowanie, po czym opuszczało się mieszkanie. Cały dobytek był rekwirowany przez komisję ewakuacyjną. Do pozostawionych mieszkań wprowadzano Niemców z krajów nadbałtyckich, Litwy, Łotwy i Estonii tzw Baltendeutsche. W ostatnim roku okupacji większości właścicieli już nie wywożono, za to pozwalano im mieszkać na strychu, podczas gdy dół zajmowany był przez Niemców.
Szczęśliwie dotrwaliśmy do końca wojny w nienajgorszej kondycji, wszystko jednak zawdzięczamy ogromnej wytrwałości, zaparciu, pomocy rodziny i sąsiadów. W 1945 roku oswobodzeni przez Rosjan wróciliśmy do naszego domu jednak na stałe zamieszkaliśmy tam dopiero po kilku tygodniach. Zamieszkujący tam Niemcy opuścili dom w sposób niezauważony. Najgorszą stratą była śmierć ojca. Zginął 8 sierpnia 1944 roku w niemieckim obozie koncentracyjnym w Żabikowie pod poznaniem.


piątek, 23 grudnia 2016

Kryzysowa wigilia

24 grudnia, wiadomo, wigilia czyli wielka świecka tradycja związana z kupowaniem i jedzeniem. Do tego jeszcze wszyscy przeżywają ducha świąt krzycząc na siebie w wyniku zdenerwowania spowodowanego tym, że nie zdążyli umyć okien. Dla każdego oznacza co innego. Dla jednych dzień wolny, dla innych okazja spotkania się z rodziną przy wódce i „Kevinie”, a niektórzy nawet skupiają się bardzo na kwestiach duchowych. Z tym, że z tą duchowością to też jest różnie, bo w związku z tym, że data przepada nam na zimowe przesilenie, tego dnia świętowali przedstawiciele wielu religii na świecie od starożytnych Egipcjan począwszy. Co prawda oni akurat nie wywarli wielkiego wpływu na potrawy znajdujące się na naszym stole, ale już pogańscy Słowianie bardzo.  Zwyczajowo liczba dań powinna być nieparzysta. W najbiedniejszych rodzinach było ich 5 lub 7, a w bogatych 9 lub 11. 12 potraw wymyślili najbogatsi.  Dwunastka, co wiemy ze szkoły, przy okazji omawiania tematu o Unii Europejskiej, oznacza pomyślność. Szóstka z kolei niepełność, tudzież niedostatek. To wigilia kryzysowa więc zgodnie z tradycją zamieszczam tutaj 5 potraw plus napój więc prawie 6 :)
Motywem przewodnim w tym roku będzie choinka. Zanim jeszcze nabrała takiej formy jak ma to obecnie i przeszła do języka potocznego jako określenie czegoś lub kogoś nadmiernie ustrojonego, funkcjonowała jako kult drzewa i była obecna w różnych formach przy okazji takich czy innych świąt. 



Zupa z wędzonych jabłek i grzybów suszonych

Jabłka i grzyby to symboliczne składniki, które często znajdują się na wigilijnym stole. Z jabłkami sprawa jest prosta, bo używane były one do przystrojenia czy to samej choinki czy jej pierwowzoru.
Z grzybami sprawa jest ciekawsza. Puste miejsce, które jest trzymane przy stole było przygotowane dla ducha jakiegoś przodka. Problem w tym, że aby zobaczyć takiego ducha trzeba się wspomóc substancją halucynogenną. Tą rolę odgrywały grzyby, które od tej pory są zawsze na wigilijnym stole. 

Składniki:
- wędzone jabłka
- grzyby suszone

Wykonanie:
Zalewamy wrzątkiem i moczymy co najmniej godzinę. Jabłka wrzucamy do garnka z wodą i gotujemy. Dodajemy grzyby wraz z wodą, w której się moczyły i doprawiamy do smaku.

Pizza choinkowa

Ja wiem, że niby pizza to nie jest tradycyjna potrawa wigilijna, ale przyjrzyjcie się każdemu kawałkowi z osobna. Wygląda jak choinka. O ile oczywiście dobierze się odpowiednie składniki. Spełnia najważniejsze kryterium. Jest z mąki, a mąka z ziaren. To taka tradycja jeszcze z czasów kiedy nie obowiązywał kalendarz urzędowy, a ludzie posługiwali się kalendarzem solarnym. Wtedy, w związku z tym, że dzień się rodził (stawał się coraz dłuższy) początek roku przypadał właśnie na ten czas. Jedzono wtedy ziarna, które uprawiano po to, aby w przyszłym roku plony tychże były pokaźne.

Składniki:
- mąka 
- drożdże
- olej
- cebula czerwona
- rukola
- koncentrat pomidorowy
- oregano

Wykonanie:
Drożdże rozpuszczamy w wodzie, dodajemy mąki oraz trochę oleju i ugniatamy jednolite ciasto, które nie będzie lepiło się do rąk. W razie potrzeby dodajemy mąki lub wody. Formujemy OKRĄGŁY placek.
Do koncentratu dodajemy trochę wody oraz oregano i tak przygotowanym sosem smarujemy spód pizzy.
Cebulę kroimy w plasterki i układamy na spodzie. Całość wkładamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika i wyjmujemy w momencie, w którym brzegi będą rumiane. Czyli po ok. 10 - 15 minutach.

Choinkowy placek

Choinkowy to on jest dlatego, że jak się go potnie w wycinki  to wraz z ziarnami kukurydzy wygląda jak choinka z bombkami. Kryterium zbożowe również spełnione.

Składniki:
- opakowanie mrożonego szpinaku 
2 szklanki mąki
- szklanka wody
- puszka kukurydzy
- 1/3 szklanki oleju

Wykonanie:
Wszystkie składniki mieszamy ze sobą. Wkładamy do tortownicy a ją samą do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na 45 minut.

Choinkowa surówka

Kiszonki są dobre na trawienie, a w sytuacji, w której ludziom zdarza się trafić do lekarza z przejedzenia, to mogą się przydać.
Składniki:
- ogórki kiszone
- jabłko
- patyk do szaszłyka

Wykonanie:
Jabłko kroimy na pół a ogórki na plasterki wzdłuż. Wkładamy patyk w połówkę jabłka używając go jako podstawkę i nadziewamy na niego plasterki ogórka na przemian, żeby wyglądało jak choinka.

Makowiec choinka

Przepis, który fruwa po sieci od dłuższego czasu, genialny w swej prostocie. Do tego mak, również ważny symbol świąt spełniający tą samą rolę co grzyby. Co prawda odmiany dostępne na rynku spożywczym mają mało właściwości psychoaktywnych, ale po zjedzeniu dużej ilości test na opiaty byłby pozytywny.
Składniki:
- najtańsze ciasto francuskie
- mak
- powidła śliwkowe

Wykonanie:
Powidła śliwkowe mieszamy z makiem, tak aby powstała nam jednolita morka masa.
Z ciasta wycinamy dwa duże jednakowe trójkąty. Na jeden z nich smarujemy masę makową i przykrywamy drugim. Nacinamy w poprzek zostawiając około 2-3 centymetrowy pionowy pasek, który będzie nam robił za pień. Powinno nam powstać coś na kształt gałązek choinkowych. Każdą z nich lekko skręcamy i tak przygotowane ciasto wkładamy do piekarnika nagrzanego do takiej temperatury, jaka jest podana na opakowaniu od ciasta. Wyjmujemy po ok. 15 minutach jak będzie lekko rumiane.

Herbatka sosnowa

Może być z innego drzewa, ale sosna jest najbardziej popularna i najbardziej wydajna. Igły są o tyle dobre, że po zaparzeniu opadają na dno.
Składniki:
- igły sosnowe
- cukier

Wykonanie:
Igły zalewamy wrzątkiem i dosładzamy cukrem.



Wypieczone święta - Boże Narodzenie 2016


sobota, 17 grudnia 2016

Gofer - dog - najlepszy na podróż

W cale nie chodzi mi o hybrydę psa z podziemnym gryzoniem. Mowa tutaj o parówce zamkniętej w gofrze. Zamkniętej tak dobrze, że nam nie ucieknie, dzięki czemu idealnie nadaje się na podróż. Prawie tak dobrze jak Lembasy, przy czym mamy pewność, że nie osiedlimy przez to Legolasa :)
W związku z tym, że zasadniczo nie ma w swoim składzie związków siarki, to dla współtowarzyszy podróży znajdujących się z nami w jednym przedziale kolejowym, jest to dużo mniej uciążliwe niż jajka. No i mniej z nimi roboty, bo nic nie zostaje. 
Możemy to przewozić niemal w każdych warunkach i zawsze będzie miało prawie tą samą postać. A jaki lans :)

Składniki:
- mąka
- woda
- jakieś parówki


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy gęste, lekko lejące się ciasto. Parówkę wkładamy do gofrownicy, zalewamy ciastem i pieczemy.

piątek, 9 grudnia 2016

Parówkowy dywanik

W zasadzie nic specjalnego, ale w nowym wydaniu. W sam raz jako szybkie danie na imprezę, gdzie albo nie mamy czasu, albo chęci gotować, albo po prostu goście przyszli nagle niczym sraczka lub nagły dopływ fenyloetyloaminy.
Generalnie wariacje na temat ciasta francuskiego są niesamowicie proste w wykonaniu, a, z racji tego, że jest ten surowiec jest nowością, bo w powszechnym użyciu u nas jest najwyżej od 20 lat, mają znamiona luksusu. Gotowe ciasto jest tak tanie, ze nie opłaca się go robić, a do tego tak łatwe w obróbce, że osoby radzące sobie z kisielem powinny to ogarnąć. O! i tu dochodzimy do czwartej sytuacji, którą dopisujemy do trzech wspomnianych powyżej. Dobre również dla kogoś kto nie potrafi gotować.

Składniki:
- jakieś parówki
- najtańsze ciasto francuskie


Wykonanie:
Ciasto kroimy w paski i przeplatamy z parówkami jak na zdjęciu. Wkładamy do piekarnika według wskazań, które znajdują się na opakowaniu z ciastem.


piątek, 2 grudnia 2016

Parówki à la Brasov

Przepis przywiozłem z Budapesztu. Co prawda tam nie było parówek, ale trochę zmodyfikowałem na potrzeby tego bloga. Brasov, po naszemu Braszów, to główne miasto Siedmiogrodu, szerszej publiczności znanego pod nazwą Transylwania. Największą mniejszość narodową stanowią tam Węgrzy. Więcej o Siedmiogrodzie i najsłynniejszym z jego mieszkańców pisałem kiedyś tutaj.
Do takiego podstawowego przepisu dodałem typowy, wbrew pozorom, dodatek węgierskiej kuchni jak zielony groszek oraz już bardzo typową, zgodnie z wszelkimi skojarzeniami, zasmażkę z papryki.

Składniki:
- parówki
- ziemniaki
- groszek zielony
- papryka słodka w proszku
- koncentrat pomidorowy (opcjonalnie)



Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, kroimy w cząstki i pieczemy w piekarniku. Temperatura około 200 stopni Celsjusza i ok. 30 - 45 minut. Niektóre szkoły uczą, że wcześniej należałoby je ugotować. Wtedy znacznie krócej.
Parówki podsmażamy. Dosypujemy papryki i energicznie mieszamy. Dolewamy wody i dodajemy groszek. Możemy dodać trochę koncentratu.
Podajemy razem z ziemniakami.


wtorek, 22 listopada 2016

Bul-dog niemiecki

Skoro może być hot-dog, to i może być bul-dog czyli hot-dog w bulwie. Trochę w niemieckim stylu, wurst, kartofel i sauerkraut :) Jedną z najbardziej irytujących, dla mnie, rzeczy podczas jedzenia jest to, że muszę się dobierać do jadalnych części rozgrzebywując niejadalne. O ile jeszcze wszystko jest na talerzu to jakoś idzie, ale w przypadku fast foodu jest to niedopuszczalne. Wyjątkami są serwetki i patyczki na które jest nabite jedzenie. Idąc tym tropem, obrałem bulwę przed pieczeniem. Zrobiła się fajna skórka. W każdym razie można wsuwać w całości.

Składniki:
- duży ziemniak
- parówka
- kapusta kiszona
- musztarda



Wykonanie:
Ziemniaka pieczemy w piekarniku. Temperatura ok 180 stopni i po 45 minutach sprawdzamy patyczkiem twardość.
Parówkę gotujemy albo smażymy. Wkładamy ją do upieczonego rozciętego ziemniaka, smarujemy musztardą i dopełniamy kapustą kiszoną.

wtorek, 15 listopada 2016

Nakkikastike

Lubię fińską kuchnię za nazewnictwo. Okazuje się, że nawet najprostsze potrawy mogą mieć wymyślne nazwy. To znaczy dla Finów pewnie nie są one jakieś specjalne, ale dla nas brzmią kosmicznie :) W każdym razie mamy tu bardzo kryzysowe danie, przy okazji którego przypomniała mi się taka anegdotka.
Za czasów studenckich mieszkałem w jednym mieszkaniu z niejakim Bartkiem. Bartek jadł codziennie na obiad ryż ze śmietaną. Trochę mu się to nudziło, ale nie miał lepszego pomysłu na inne danie, tym bardziej, ze musiało zostać zachowane kryterium ceny ponieważ w przeciwnym wypadku poniósłby ogromne koszty alternatywne związane z zakupem alkoholu :) Pewnego dnia Bartek poszedł na uczelnię i tam spotkał podobnego sobie studenta, który miał podobny problem tylko, że z parówkami w ketchupie. Wymienili się przepisami i żyli długo i szczęśliwie. Koniec.
W każdym razie to danie to, technicznie rzecz biorąc, coś podobnego, ale ze znaczni ładniejszą nazwą. Chciałbym napisać, że z ciekawszą historią, ale nikt za bardzo nie zna historii tego dania.

Składniki:
- jakieś parówki
- cebula
- koncentrat pomidorowy
- ziemniaki



Wykonanie:
Ziemniaki obieramy i gotujemy.
Cebulę kroimy w piórka i podsmażamy razem z pokrojonymi w plasterki parówkami. Zalewamy wszystko koncentratem pomidorowym i rozrzedzamy trochę wodą. Podajemy z ziemniakami.






Kuchnia skandynawska 2016


środa, 9 listopada 2016

Dziki leśny gulasz.

Dziki, bo zarówno z dzikich roślin jak i uwielbianych przez, bardzo z kolei lubiane przeze mnie, dziki. Tu będzie mała dygresja i trochę emocjonalnego ekshibicjonizmu o tym dlaczego tak bardzo lubię dziki. Przede wszystkim dlatego, że są to zwierzęta, bardzo ciekawe z kryzysowego punktu widzenia, bo posiadają doskonale zdolności adaptacyjne, dzięki czemu potrafią się odnaleźć prawie w każdym środowisko. Co niewątpliwie świadczy o ich mądrości. Zawsze powtarzałem, że gdybym miał dom, to do jego pilnowania wolałbym przydzielić dzika niż psa, po pierwsze mądrzejszy, a po drugie znacznie bardziej skuteczny :)

Ale wróćmy do meritum. Jeśli chodzi o przygotowywanie dania z żołędzi to zbieram się do tego od 3 lat. Ostatnio co prawda używałem żołędzi do racuchów przy okazji filmu o miejskim survivalu, który możecie obejrzeć tutaj, ale w końcu zebrałem się na coś bardziej konkretnego. 
Jedzenie żołędzi nie jest jakimś nowym pomysłem, bo ma bardzo długa tradycje zarówno wśród ludów zamieszkujących nasze tereny jak i tych z zza oceanu. Maja podobne wartości odżywcze co ziemniaki, które w Polsce nie są traktowane jako warzywo, a dodatek skrobiowy. Jedyny problem jaki z nimi jest to, że trzeba pozbyć się taniny, która może podrażnić nasze nerki. W tym celu musimy je poddać ługowaniu.  Do tego jeśli chodzi o survival, to kora dębu ma również właściwości antybakteryjne
Dodałem jeszcze inne dary lasu - grzyby. W moim przypadku suszone, ale śmiało możecie użyć świeżych, jeśli macie takowe pod ręką :)

Składniki:

- grzyby suszone (mogą być świeże)
- żołędzie
- marchewka
- cebula
- maka
- soda oczyszczona



Wykonanie:
Żołędzie obieramy, kroimy na kawałki i gotujemy w wodzie z dodatkiem pól łyżeczki sody oczyszczonej. Woda powinna się mocno zabarwic. Zabieg powtarzamy, aż woda będzie względnie czysta. U mnie wystarczyło 3 razy :)
Grzyby zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na kilka godzin. Po tym czasie dolewamy trochę wody i gotujemy razem ze starta marchewka. Dodajemy żołędzie i jakiś czas gotujemy.
Cebulę kroimy i podsmażamy. Dosypujemy trochę maki i dobrze mieszamy. Dodajemy wszystko do garnka z gulaszem i zagęszczamy.