wtorek, 12 grudnia 2017

Bagel z latkes

Ostatnio przy okazji odwiedzin w barach szybkiej obsługi z jedzeniem, które nie chce uchodzić za śmieciowe, zauważyłem pozycję w menu o nazwie bajgiel. Cóż to takiego? To taka kanapka z bułki, tyle, ze bułka ma w centralnym miejscu dziurkę prowadzącą na wylot. Czemu służy dziurka w bułce? Poza perwersyjnymi zastosowaniami dla zdesperowanych, służy do tego, żeby sprzedać bułkę drożej. I to nawet 4 razy. Najlepiej więc wyjdziecie na tym, jak zrobicie dziurkę sobie sami.
Sama nazwa bajgiel to też nie taka prosta sprawa. Podobno została wymyślona w Krakowie około 400 lat temu przez zamieszkujących te tereny Żydów aszkenazyjskich. Tylko, że 400 lat to kupa czasu i na podstawie pierwotnego przepisu powstały nowe, których nazwa brzmi ciut inaczej - bagel.
Mówi się, że bajgiel to produkt formowany ręcznie, podczas gdy bagel jest robiony maszynowo. Ten pierwszy jest robiony według tradycyjnej receptury, jego skórka jest jednolita, gładka i lekko błyszcząca, a ten drugi to już fantazja piekarza. Kiedy kupicie bułkę, raczej będzie ona przypominała bagla.
Latkes to żydowskie placki ziemniaczane, które jedzą z okazji święta Chanuka. Oczywiście mówimy o tych Żydach typowych dla naszego regionu. Pozostałe grupy mają inne, typowe dla swojego regionu, przysmaki. Właściwie to święta religijne pochodzenia żydowskiego niespecjalnie mnie interesują, poza tymi, które obchodzę od dziecka, jak większość osób w tym kraju, ale kuchnia żydowska to już zupełnie inna sprawa. Nie ukrywam, że chciałbym zgłębić tajniki takowej, a konkretnie tego, co jedzono w biednych rodzinach, bo tego nie dowiem się z karty dań przygotowanej dla bogatych turystów na krakowskim Kazimierzu. Niestety wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu lat spowodowały, że ewentualnych osób, które mogłyby to przekazać jest bardzo mało.
Jedną z ciekawszych opcji jedzenia placków ziemniaczanych to z dodatkiem jabłek i śmietany. Śmietana nie bardzo pasuje do fast-foodu, dlatego zrobiłem łudząco podobny sos z ziaren słonecznika, tyle, że gęstszy i znacznie lepiej się zachowujący w kontaktach z gorącym plackiem.

Bagel to dobra opcja do zjedzenia w pracy. Do transportu idealnie nadaje się pojemnik po płytach CD typu cake :) Taki branżowy lifehack. Zwykłej bułki tam nie wsadzicie bo Wam ten kijek będzie przeszkadzał.

Składniki:
- bułka (najlepiej czymś posypana)
- ziemniaki
- mąka
- słonecznik łuskany
- olej
- jabłko


Słonecznik zalewamy wrzątkiem. Po godzinie miksujemy go z małą ilością oleju i wodą, którą regulujemy gęstość naszego sosu. Doprawiamy szczyptą soli.
Ziemniaki obieramy i trzemy na tarce o drobnych oczkach, Dodajemy trochę mąki i formujemy placki, które smażymy na patelni.
Jabłka obieramy i trzemy na tarce o grubych oczkach, a następnie mieszamy z sosem słonecznikowym.
W bułce robimy dziurkę, najlepiej kieliszkiem. Przekrajamy na pół i wsadzamy do niej placek ziemniaczany, najlepiej również z dziurką. Uzupełniamy naszym sosem jabłkowo-słonecznikowym.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Bieszczady późną jesienią i wyprawowe pad thai

W ostatni weekend listopada, czyli wtedy kiedy większość osób obchodziło szkockie święto narodowe, wlewając w siebie pokaźne ilości alkoholu, ja wybrałem się w Bieszczady. Konkretnie w ich dziki kawałek uchodzący za miejsce, w który można spotkać dziką zwierzynę. Czaiłem się na to odkąd minął październik i na szlakach zrobiło się mniej tłoczno, z racji końca wakacji akademickich. Dość istotne jeśli chce się zobaczyć tą dziką część.

Było dość zimno, a na szlakach leżał śnieg więc cały ekwipunek musiał być poddany weryfikacji. W odróżnieniu od tego o czym pisałem przy okazji Przegibka, że zabieram latem, tym razem wyglądało to następująco:
  • buty - tylko wysokie. Żadne "magiczne" membrany nie dadzą rady w błocie. Nawet jeśli nie przeciekną to i potem trudno będzie to wyczyścić. Otok gumowy jak najbardziej przydatny, ale tylko do pewnego momentu, bo po pewnym czasie grzęźniemy powyżej kostki.
  • spodnie - tym razem, w przeciwieństwie do lata, nie mogą być za lekkie, bo jak zmokniemy, to za szybko nie wyschną. Ja mam takie mieszanina nylonu i elastyny pokryte teflonem. Jakiś czas uzyskują wodoodporność, w miarę szybko schną, a jednocześnie w miarę oddychają. Pod spód oczywiście termiczne kalesony.
  • góra - ja preferuje więcej cienkich warstw niż mniej grubych. W razie co można zdjąć, wymienić i szybciej schnie. W moim przypadku ciasna koszulka sportowa tzw. rashguard, na to flanela, cienki polar. W plecaku trzeba mieć koniecznie grubszą bluzę i ewentualny docieplający bezrękawnik, kiedy będziemy musieli zachować ciepło w stanie spoczynku. Dodatkowe suche koszulki okażą się równie potrzebne, tym bardziej, że nie zajmują wiele miejsca i mało ważą.
  • kurtka - nieocieplana membrana koniecznie z rozpinanymi wywietrznikami. Już pisałem co myślę o kosmicznych materiałach, z których są wykonane kurtki za 1K. Z mojego doświadczenia wynika, że względną oddychalność gwarantują tylko "dziury" (wywietrzniki). Tym razem koniecznie dodatkowo ponczo gumowe, bo każde zmoknięcie w tej temperaturze okaże się dla nas tragiczne w skutkach, a kurtki mają jednak swoje ograniczenia.
  • latarka czołowa - lepiej w ogóle unikać chodzenia po nocach, niestety noc jest już o godzinie 17 :)
Jest jeszcze jeden aspekt - data. Jak się okazało, była dość tragiczna, bo część schronisk organizowała zamknięte imprezy andrzejkowe. Można się było zdziwić kiedy się przyszło w środku nocy i dowiedziało się, że nie można być wpuszczonym. Co prawda regulamin schronisk na stronie PTTK mówi że:

Turyście, który nie ma możliwości bezpiecznego dotarcia do innego schroniska, stacji kolejowej, miejscowości a także ze względu na zjawiska atmosferyczne, itp. schronisko obowiązane jest udzielić schronienia i jednego noclegu – nawet jeżeli wszystkie miejsca noclegowe są zajęte. Udzielenie noclegu w warunkach zastępczych upoważnia do pobrania opłaty nie przekraczającej ceny najtańszego noclegu w schronisku. Noclegu zastępczego udziela się wyłącznie wtedy, gdy brak jest miejsca w salach noclegowych.

Ale teoria swoje, a praktyka swoje. Po pierwsze część hoteli, które z powodów marketingowych i formalnych jest nazywana schronami nie podlega ma gdzieś regulamin PTTK, bo może. Po drugie, zarządca zawsze się wybroni. W skrajnych przypadkach, jeśli jednak uprzecie się zostać, zostaniecie wyprowadzeni siłą, a zapewniam Was, że chętnych, zwłaszcza podczas zamkniętych imprez do robienia za ORMO nie brakuje :) Co możecie zrobić?

  • Jeśli jesteście ogarniętą ekipą i macie jeszcze siłę, możecie po prostu nie dać się usunąć :) W większości przypadków skończy się to jednak przyjazdem służb i problemami.
  • Możecie podjąć środki prawne, ale to już i tak nie zmieni tego, że zmarzł Wam tyłek, a schronisko, jako autorytet i tak się wybroni. Tym bardziej, że każdy będzie stał za swoim.
  • Najlepsze wyjście, praktykowane to wezwać GOPR. Po ich interwencji miejsce się zazwyczaj znajduje :)
A najlepiej to wybierać takie schroniska jak ja, które oba stały otworem :)

I tak. Na pierwszy rzut poszło schronisko Chatka Puchatka.
Przyjazd około północy. Najlepiej  nie jechać do Brzegów Górnych, tylko zostawić samochód wcześniej na parkingu, gdzie zaczyna się żółty szlak. To znaczy najlepiej, jak wbijacie, tak jak my, w środku nocy i zależy Wam na czasie. Z tego miejsca to godzina drogi. Szliśmy w nocy w warunkach gęstej mgły, dlatego bardzo ceniliśmy sobie, że ten szlak jest tak czytelny. Było tak gęsto, że staliśmy tuż przed chatką, a jej nie widzieliśmy :)
To już widok z rana, kiedy się ciut przerzedziło.


Niech Was nie zwiedzie nazwa. Słyszałem, że wielu turystów idzie tam, bo myślą, ze to miejsce idealne dla dzieci. Hmm. Najlepszą recenzję jaką usłyszałem, która dla mnie posłużyła jako rekomendacja, to "Nie idę do Chatki Puchatka, bo tam nie ma wody i są imprezy". Tak jest w istocie, tzn. woda jest, ale obok chatki :) Prądu też brak, ale to chyba nie problem. W każdym razie ja wiedziałem czego się spodziewać. Możecie liczyć tam na wrzątek. Na wysoką temperaturę nie bardzo :) I tak w ciepłym śpiworze minęła pierwsza noc. Z samego rana zejście, po drodze podziwiając takie o to widoki, martwiąc się jednocześnie czy te chmury nie dojdą tam gdzie my. Jak zejdziecie odpowiednio wcześnie, to nie będziecie musieli płacić za parking :)


Pora na główny cel podróży - Otryt. Jeśli chodzi o parking, to najlepiej zostawić samochód na początku niebieskiego szlaku w miejscowości Dwernik.
Oczywiście na początku szlaku obiecanki - cacanki :)


Później elementy industrialnego krajobrazu - piece do węgla drzewnego.


Jesień to bardzo ładny czas w każdych górach gdzie występują drzewa.


Oczywiście są też odcinki problemowe, ale jak mawia stare przysłowie - Dobry koń i po błocie pójdzie ;)


Po drodze mijamy pślady nieznanego nam kultu.


Aż dochodzimy do miejsca, gdzie możemy zostawić część wyposażenia  -do Chaty Socjologa wersja 2.0, bo pierwsza się spaliła jakiś czas temu.


Zarządcy nie wykluczają zwierząt, pod warunkiem, że te, nie zakłócą spokoju tych mieszkających tam na stałe, a jest tam kot i bardzo pozytywny duży pies.

Dalej można pospacerować pasmem Otrytu gdzie jest wszystko czego ja szukam w górach czyli spokój i dzika natura. Oczywiście widoki też są.


Ale głównie teren jest zalesiony upstrzony takimi dekoracjami.



Generalnie ten skrawek ziemi jest atrakcyjny ze względu na występującą tam zwierzynę. Niedźwiedzie idą spać mniej więcej w tym okresie, rysia i tak nie zobaczycie na tle rudych liści, ale takich zwierzaków, jak te zostawiające takie ślady jest pełno. Znaleźliśmy zresztą stałe miejsce odpoczynku jeleni. Niestety, zdjęcia, które zrobiłem nie małym aparatem nie nadają się do publikacji.


Wieczorem, czytaj o 17-stej. Powrót do schroniska. W tym miejscu warunki znacznie lepsze. Ogromna sala kominkowa, gdzie można napalić. Dostępna kuchnia, w której zarządca dba o to, aby był ogień pod garnkami oraz bardzo duża przestrzeń do spania umieszczona w okół komina., co wpływa na komfort cieplny. Położyłem się spać ubrany jak poprzedniej nocy i obudziłem się trzy razy, za każdym razem coś z siebie ściągając. Woda do gotowania i mycia naczyń jest w baniakach. Nawet ciepła, podgrzewana za pomocą ognia, jeśli komuś potrzebna mała ilość. Prądu też nie ma, ale to zaleta raczej. Dodatkowo wewnątrz jest zakaz używania sprzętów elektronicznych.
Przy kominku dużo ciekawych anegdotek o menażerach, którzy przyjeżdżają tu i w związku z tym, ze nie ma bieżącej wody i prądu chwalą się potem, że byli na survivalu. Oczywiście nie przeszkadza im to mieć pretensję do tego, że nie mogą zamówić kawy i burgera :)


Niska temperatura daje o tyle sporo możliwości, że poszerza nam zakres jedzenia, które możemy ze sobą zabrać. Podczas gdy w lato wszystko musiało być mocno wysuszone, teraz możemy nosić gotowce. Postanowiłem zrobić Pad Thai. To taki wymysł jednego gościa, który miał niezłego fioła na swoim punkcie, a w dodatku chciał mieć ciastko i zjeść ciastko. Z jednej strony chciał stworzyć potrawę typową dla Tajlandii, która bazowałaby na ryżu, a z drugiej strony chciał mieć kasę z eksportu owego. Na szczęście Chińczycy, których nienawidził, przyszli mu z pomysłem i wykorzystał do tego makaron ryżowy. Właściwie co kucharz to Pad Thai. Warunkiem jest makaron ryżowy z sosem, który łączy ze sobą 3 smaki - słodki, kwaśny i słony. 
Pasta którą przygotowałem na sos daje o tyle dużo możliwości, że nawet jeśli warunki będą bardzo ciężkie, możemy zjeść ją na surowo, albo z chlebem. Oczywiście zaraz będą głosy, że to nie Pad Thai, ale to i tak lepsze niż to co kiedyś dostałem w restauracji w Rybniku.
Całość tak przygotowane, że dodajemy tylko gorącej wody.

Składniki:
- makaron ryżowy
- ciecierzyca
- koncentrat pomidorowy
- olej
- cukier
- sól
- sok z cytryny


Ciecierzycę moczymy przez noc, a na drugi dzień gotujemy do miękkości.
Miksujemy i doprawiamy do smaku sokiem z cytryny, solą i cukrem. Ideą tego dania, jak pisałem powyżej, jest zamknięcie smaków słodkiego, kwaśnego i słonego w jednym miejscu. Proporcje owych niech już każdy ustali sobie sam. Dodajemy trochę oleju i koncentratu pomidorowego oraz ewentualnie możemy dolewać wody żeby uzyskać interesującą nas gęstość. Po wszystkim wkładamy wszystko do jakiegoś woreczka albo pojemnika.
Makaron kruszymy na mniejsze, żeby zmieścił nam się do pojemnika.

W schronisku umieszczamy makaron w jakimś naczyniu. Polecam składane silikonowe, tak jak ja. I zalewamy wrzątkiem. Czekamy aż zmięknie i dodajemy naszą pastę.

Na podwieczorek idealny drink do schroniska na brzydką pogodę - Cafe Calva czyli kawa z dodatkiem calvados. tak się składa, że miałem trochę po wakacjach. 
Tutaj dobra rada. Nie chodźcie do schronisk bez alkoholu :)




Kuchnia tajska 2017


wtorek, 28 listopada 2017

Parówki po szwedzku

Jest w Polsce takie austriackie danie nazywane kotletem schabowym, który pojawia się na talerzu zazwyczaj w towarzystwie ziemniaków i surówki z kapusty. Rzadziej z mizerią.
Szwedzi też mają typowe dla siebie obiady. Po tej stronie Bałtyku, nie wyobrażamy sobie jeść parówki jako pełnoprawny główny składnik w towarzystwie ziemniaków i surówki. Po tamtej jak najbardziej. Jadają je z tłuczonymi ziemniakami i czymś co nazywa się Bostongurka. To taki dodatek, używany jak musztarda. Natomiast, oczywiście z musztardą nie ma nic wspólnego. Ja miałem gotowy, ale bardzo łatwo wykonać to samemu.

Składniki:
- jakieś parówki
- ziemniaki
- Bostongurka
lub
- ogórki gruntowe
- cebula
- sól
- ocet
- cukier
- musztarda


Wykonanie:
Ogórki i cebulę bardzo drobno kroimy. Ocet podgrzewamy i rozpuszczamy w nim cukier i sól. Proporcje, 1,5 szklanki octu, szklanka cukru, łyżka soli. Zalewamy tym ogórki. Wszystko ma być w miarę gęste. Właściwie jak ostygnie, to będzie już gotowe. Jeszcze tylko wymieszać z odrobiną musztardy.
Ziemniaki gotujemy, a następnie tłuczemy. Parówki podsmażamy.
Podajemy jak na obrazku.

Kuchnia skandynawska 2017


wtorek, 21 listopada 2017

Jedzenie przyszłości według wizji z "Łowcy androidów"

Jakby ktoś nie wiedział, Łowca androidów to taki film na podstawie książki o podobnym tytule napisanej przez klasyka SF - PHilipa K. Dicka - gościa, który dostał prezent od życia w postaci schizofrenii, dzięki czemu stał się tak wybitnym autorem. Notabene napisał jedną z moich ulubionych książek Człowiek z wysokiego zamku traktującej o światach równoległych, stanowiącą zresztą doskonałe wytłumaczenie dla wszystkich, którzy wierzą we wróżby :)
W każdym razie w 1982 roku Ridley Scott, znany szerszej publiczności z serii Obcy, zrobił film, który stał się dziełem kultowym. Prezentowana tam dystopijna wizja przyszłości była typowa dla gatunku cyberpunk w latach osiemdziesiątych i odzwierciedlała powszechne obawy ówczesnego społeczeństwa - rządy korporacji, rozwarstwienie społeczne, transhumanizm (a właściwie rola maszyn). Wszystko podkreślone wszechobecnym mrokiem, rozświetlonym niekiedy kiczowatymi reklamami. Tak miałby wyglądać świat w 2019 roku. Niektóre wizje spełniły się bardziej np. video-rozmowy, inne mniej np. tworzenie robotów do zaspokajania potrzeb seksualnych. Jako, że jest to blog kulinarny, skupię się głównie na jedzeniu. 
W pierwszej części mamy wizję typową dla tamtych czasów. Główny bohater zajada się makaronem z azjatyckiego baru. Dlaczego akurat makaron? Bo wszyscy twardziele z przyszłości jedli wtedy azjatyckie nudle. Jadł je wspomniany tu Deckard, jadł je w późniejszej produkcji Korben Dallas z Piątego Elementu, a także Spike Spiegel z Cowboy Bepop. Ta kulinarna wizja przyszłości jest bardzo prawdopodobna, bo makaronu nam raczej, przez dwa lata, nie zabraknie, a uliczne jedzenie rozwija się prężnie.
W tym roku powstał Łowca Androidów 2049 i tam już wizja przyszłości przedstawia się inaczej. Jeśli chodzi o nowinki techniczne i klimat, to niewiele się zmieniło, natomiast jeśli chodzi o jedzenie, to nastąpiła radykalna zmiana. Cytując klasyka - Fizyka dla klasy siódmej. Zgodnie z wiedzą którą tam możnabyło posiąść. Jeśli, kolokwialnie mówiąc, więcej wkładamy niż wyciągamy, to szybko nam zabraknie materiałów. Tak jest własnie z mięsem. Myślicie, że kiedy WHO trąbiło, że przetworzone mięso powoduje raka jelita, to chodziło im tak naprawdę o zdrowie ludzkości? Biorąc pod uwagę niektóre ich decyzje to śmiem wątpić. Natomiast istnieje obawa, że jeśli się czegoś nie wymyśli, to w przyszłości będą o nie większe wojny niż teraz o ropę.
Wykorzystanie owadów jako źródła pokarmu to pomysł dość stary. Gdyby przysiedzono na nim jak np. nad telefonią komórkową to pewnie już dawno byłby zrealizowany. Do tej pory nie było takiej potrzeby, ale obawiam się, że do roku 2049 już będzie. Tak właśnie wygląda wizja jedzenia w nowej części Łowcy Androidów.

Z racji tego, że żyjemy w 2017 roku, a co za tym idzie nasza wizja jest bliższa tej z 2019-go postanowiłem zrobić makaron według przepisu z pewnej znanej sieciówki, prawie tak znanej jak White Dragon, a której nazwy nie wymienię, bo mi za to nie zapłacili :)
Podane jak typowe take away w pudełku i na biurku. Uznałem, że wielorazowy pojemnik jest lepszy od kartonu. Kwadratowy kształt zachowałem :)

Składniki:
- makaron instant np. z zupki "chińskiej"
- kapusta
- pieczarki
- seler naciowy
- szczypiorek



Wykonanie:
Kapustę drobno kroimy i smażymy cały czas mieszając. Dodajemy pokrojone w plasterki pieczarki i dalej smażymy. Po jakimś czasie dodajemy pokrojony w kawałki seler naciowy i jeszcze trochę smażymy.
W międzyczasie zalewamy makaron wrzątkiem, a jak nam zmięknie to dodajemy go na patelnię i wszystko razem krótko smażymy.
Podawać posypane szczypiorkiem
Idealne na wynos.


wtorek, 14 listopada 2017

Lanttulaatikko

Jak to śpiewał pewien znany sepleniący gość ze światłowstrętem, daleko tak daleko, daleko tak jest taki kraj, którego tak naprawdę nie ma. Przynajmniej w to wierzy całkiem spora ilość ludzi. Mniej więcej ci sami, którzy wierzą zarówno w to, że kiedy Delta Force wpadło po Osamę bin Ladena, to on już nie żył, jak i w to, że jeszcze żyje :)
W każdym razie historia dość ciekawa. Mianowicie w 1928 roku Japonia podpisała traktat z Rosją, że będzie mogła łowić ryby wzdłuż jej wybrzeża. Odkryli bardzo bogaty fragment i aby nikt inny tam nie łowił postanowili ukryć go przed światem. Na wszystkich mapach w tym miejscu Morza Bałtyckiego istnieje Finlandia. Nikt normalny przecież nie popłynie tam gdzie jest ląd. Przekłamane są zarówno mapy papierowe jak i GPS. Ewentualni Finowie wraz z ich skupiskami, które możemy oglądać w telewizji mieszkają tak naprawdę na terytorium Szwecji. Język został wymyślony szybko przez Japończyków, dlatego jest taki podobny. 
W każdym razie spisek jest tak dobrze dopracowany, że mają tam bardzo ciekawe przepisy. Jednym z nich jest Lanttulaatikko czyli zapiekanka z brukwi.
Choć większości z Was brukiew pewnie kojarzy się z nazwiskiem wokalisty Zakopower, mnie kojarzy się z książkami o ciężkich czasach. Przede wszystkim literaturą obozową. Dlatego trafiła idealnie. Choć moim skromnym zdaniem to bardzo smaczne warzywo.

Oryginalnie zapiekankę robi się z gotowanej tłuczonej brukwi, ale jeśli chcemy mieć mocniejszy smak, to możemy zrobić jak polską babkę ziemniaczaną czyli z surowej i tartej. Ja zrobiłem po naszemu :)

Składniki:
- brukiew
- mąka 
- marchewka


Wykonanie:
Brukiew trzemy na drobnych oczkach. Mieszamy z małą ilością mąki i startą na grubych oczkach marchewką, a następnie umieszczamy w formie, którą wsadzamy do nagrzanego do 180 stopni Celsjusza piekarnika na około godzinę.
Doskonale komponuje się z tartym chrzanem.


Kuchnia skandynawska 2017


środa, 8 listopada 2017

Makaron ziemniaczany z kurkami

Pojechałem sobie do Łupawy. To taka mała wioska w województwie pomorskim. Chciałbym powiedzieć "znana z tego", ale w sumie znana tylko małej grupie maniaków historycznych. Co nie zmienia faktu, że są tam pozostałości po prehistorycznej wiosce i cmentarzysku nazywanym Grobowcami Olbrzymów. Pozostałości są pod postacią mniej lub bardziej zorganizowanych struktur poukładanych z kamieni. Kamienie miały to szczęście, że w przeciwieństwie do podobnych konstrukcji, nie zostały zabrane do budowy dróg czy budynków po wojnie prusko-francuskiej. Co nie zmienia faktu, że kolejne przedchrześcijańskie kultury ich nie wykorzystywały, chowając tam swoich zmarłych, wychodząc z założenia, że ziemia na tych terenach jest już odpowiednio ogarnięta. Dlatego oprócz grobowców megalitycznych są tam też późniejsze kurhany.
Próby czasu nie przetrwały tylko drewniane ogrodzenia, powstałe po to aby zaznaczyć mały rezerwat, gdyż zostały rozebrane bardzo szybko przez lokalną społeczność i pozostaje mieć nadzieję, że posłużyły przynajmniej do budowy, a nie, że wylądowały w piecu.

Warto się tam wybrać również dlatego, że jest to bardzo ładne i dzikie miejsce. Ludzie tam praktycznie nie chodzą, bo i po co :), a my możemy sobie zrobić piknik nad rzeką, o ile oczywiście pogoda na to pozwoli. Jak będziecie mieli szczęście to spotkacie jelenia. Sarny, które spotkałem to już nie wynik szczęścia, bo jest ich dość sporo, a raczej ich pecha, bo zakłóciłem im odpoczynek.
W każdym razie, z racji tego, że miejsce było mało uczęszczane spotkałem tam skupisko pieprzników jadalnych potocznie zwanych "kurkami". Aromatyczne grzyby całkiem dobrze wypadają w towarzystwie makaronu lub kopytek, dlatego postanowiłem podać je z makaronem ziemniaczanym.

Składniki:
- świeże kurki
- cebula
- nieświeże ziemniaki
- mąka ziemniaczana



Wykonanie:
Kurki myjemy, kroimy i podsmażamy razem z pokrojoną w drobną kostkę cebulą.
Ziemniaki ugniatamy na dnie garnka, wycinamy ćwiartkę, którą zasypujemy mąką ziemniaczaną i wszystko razem ugniatamy. Wkładamy masę do dekoratora, a jeśli go nie mamy to do mocnego worka z obciętym rogiem. Gotujemy wodę i wyciskamy masę wrzucając ją do wrzątku. Ważne jest, aby dobrze rozłożyć to na talerzu (nie tak jak u mnie :) ), bo lubi się sklejać. Następnie dodajemy podsmażone wcześniej grzyby.

wtorek, 31 października 2017

Bliny gryczane, dziady i polskie Stonehenge

Dziady to tradycyjne staropolskie święto, które szerszej publiczności znane jest z utworów niejakiego Adama Mickiewicza. Obchodzono je jeszcze w czasach zanim niejaki Mieszko I zmusił mieszkających tu, do tej pory w autonomicznych wspólnotach plemiennych, ludzi do przyjęcia bliskowschodniego modelu społecznego. Później też, ale znacznie rzadziej. Zwyczajowo było to w noc z 31 października na 1 listopada.
Samo święto wynikało z tego, że dla żyjących wtedy ludzi najważniejsza była rodzina i wspólnota oraz kult przodków. Jego obchody polegały na tym, że robiono imprezę, dla siebie i dla ewentualnych przodków, którzy mieliby przyjść w postaci duchów. Dopiero po nadejściu na te ziemie religii z Bliskiego Wschodu rodzina przestała być najważniejsza, a jej miejsce zajęły niespokrewnione z nami, abstrakcyjne wzorce do naśladowania w postaci świętych, dlatego też wprowadzono nowe święto, które ze względu na swoją nazwę, nie pozostawia złudzeń co do tego, kogo teraz powinno się gloryfikować.
Niektórzy, za sprawą innej religii jaką jest telewizja obchodzą w tych czasach również Halloween, natomiast jeśli już chcą się narażać kościołowi (Halloween jest przez niego potępione) to chyba lepiej za pomocą tradycji rodzimych. Tam też jest impreza i wydrążone głowy nawet są, tyle, że nie z dyni, a z drewna.

Przy okazji wyjazdu nad morze odwiedziłem kręgi kamienne w kaszubskich Odrach nazywane polskim Stonehenge, mimo, że powierzchniowo są znacznie większe niż ich angielski odpowiednik. Był to obiekt wtórnie wykorzystywany przez kolejne następujące po sobie kultury, gdyż ich początek ocenia się na kilka tysięcy lat przed naszą erą podczas istnienia bardzo silnego kultu solarnego. Potem przyszli tam Goci, którym miejsce tak się spodobało, że urządzili tam cmentarz, a następnie służyło za obiekt kultu następnym kulturom. Z racji swojego charakteru uznałem, że będzie to dobre miejsce do opisania przy okazji takiej potrawy.


Całość została wybudowana według specjalnego planu, dzięki któremu można było obserwować gwiazdy podczas decydujących momentów dla najważniejszej z nich. Najważniejszej dla żyjących w tej części wszechświata, rzecz jasna.


Całość możemy podziwiać z poziomu specjalnej platformy. Możecie się nawet pobawić w Wiedźmina i króla Henselta.



Podobno w tym miejscu można odnotować ponad 100 tys jednostek Bovisa. Podobno, dlatego, że nie ma fizycznego, naukowego licznika, który by to potwierdził. W każdym razie z tego powodu ludzie lubią tam medytować.


Natomiast z bardziej naukowego punktu widzenia możemy zaobserwować celowniki do obserwacji gwiazd.


Jak napisałem, kolejne cywilizacje postanowiły wykorzystać to miejsce. Jedne szanując poprzednie dokonania, a inne stawiały swoje świątynie na fundamentach starych, aby wykorzenić poprzednie religie. Podobno miejsce samo się obroniło przed takim procederem i ostatni kościół, który miał zostać zbudowany zapadł się w tym miejscu pod ziemię.


Postanowiłem przyrządzić gryczane bliny według starej receptury. Bliny, podpłomyki i naleśniki to jedne z pierwszych sposobów przetwarzania mąki.AS Czy bliny były jedzone podczas dziadów? Zależy przez kogo, gdyż jedna z teorii mówi, że jedzono to co lubiano najbardziej. Oczywiście część należało odstąpić przodkom.
Co do tego czy Słowianie jedli grykę historycy nie są zgodni. Natomiast pewne jest to, że ta roślina rosła tu już w starożytności.
Uważa się, że bliny powinny być robione na drożdżach. Ja jednak postanowiłem zrobić je za pomocą starej metody, kiedy to mąka fermentowała tworząc zakwas.

Składniki:
- kasza gryczana niepalona
- woda


Wykonanie:
Kaszę gryczaną zalewamy wodą, taką ilością, która ledwo ją zakryje. Zostawiamy w ciepłym miejscu. Po upływie doby miksujemy i zostawiamy na kolejną dobę. Po tym czasie masa powinna nam trochę spuchnąć. Wylewamy ją na patelnie i smażymy okrągłe placki. 
Swoją drogą z tej samej masy wychodzi całkiem dobry chleb. Wystarczy, że wlejemy to foremek, które potem umieścimy je w nagrzanym do 180 stopni Celsjusza piekarniku.

Niedaleko możemy odwiedzić specjalnie zorganizowany punkt widokowy, z którego mamy piękny widok na okoliczny teren.


Jak komuś mało to 100 km dalej w Łupawie są jeszcze tzw. Groby Olbrzymów.



środa, 25 października 2017

Makaron z pieczarkami w sosie drożdżowo-cydrowym

Kolejny wpis konkursowy. Takie trochę francuskie połączenie czyli pieczarki, dość powszechne w tamtej kuchni, zwłaszcza podczas okresu, w którym kazano jeść ciastka oraz cydr typowy dla obu stron kanału La Manche.
Drożdże do jedzenia nie są najsmaczniejsze, ale w postaci past czy sosów zyskują na wartości. Tym bardziej, że są bogate w witaminy grupy B i cynk. Jedyny warunek, żeby nie słodzić za dużo.
Podobno jeszcze uspokajają i wpływają bardzo dobrze na skórę.
Dodając do sosu drożdżowego soku jabłkowego uzyskujemy smak podobny do cydru.

Składniki:
- pół paczki makaronu Lubella pióra pełne ziarno
- kostka drożdży
- cebula
- małe pieczarki
- sok jabłkowy


Wykonanie:
Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu.
Pieczarki myjemy, kroimy i podsmażamy z drobno pokrojoną cebulą. Dodajemy pokruszone drożdże i smażymy aż się rozpuszczą. Podlewamy trochę sokiem jabłkowym. 
Tak przygotowany sos podajemy z makaronem.



Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu


środa, 18 października 2017

Tarta puttanesca

Ostatnio był przepis z państwa gdzie makaron trafił w Średniowieczu. Teraz będzie z tego, do którego trafił zaraz po tej epoce naukowego uwstecznienia. Co prawda delikatnie zmodyfikowana, bo ile można podawać makaron z pomidorami. Tym razem spaghetti puttanesca posłużyło jako wypełnienie do tarty i tak powstała tarta puttanesca.
Nazwa dość kontrowersyjna, bo w dosłownym tłumaczeniu puttanesca oznacza bardzo brzydkie słowo. Na tyle kontrowersyjna, że nie będziemy tego tłumaczyć. Zresztą pewne rzeczy przetłumaczone brzmią głupio, vide - hot-dog.
Jak na ciekawą nazwę przystało,  ma ona niejedną genezę. Każda tak samo prawdziwa niczym kot Schrödingera.
  • Jedna mówi o pewnym restauratorze, do którego przyszli bardzo głodni ludzie. Byli tak bardzo głodni, że poziom swojego głodu określali wyrazem innym i znacznie mocniej brzmiącym niż "bardzo". Restaurator miał mało składników i stworzył taki sos, który potem został nazwany na cześć synonimu słowa "bardzo".
  • Kolejna mówi o zazdrosnej kobiecie, która wylała wymieszane resztki na stojące pod oknami prostytutki, używając przy tym w stosunku do nich wulgarnych określeń.
  • Jeszcze inna, złośliwa wersja, jest taka, że swoją nazwę potrawa zawdzięcza temu, że jest w niej wszystko tak jak w dziewczynach określanym mianem puttana.
  • Ostatnia tutaj, ale nie ostatnia w ogóle jest bardzo prozaiczna. Miało to być ulubione szybkie danie dziewczyn w przerwach pomiędzy klientami.
Niewątpliwie ilość hipotez była bezpośrednio związana z tym, że prostytucja jest zjawiskiem co najmniej ciekawym, a często pożytecznym. Wiedza na temat tego ile małżeństw uratowało, jest dostępna głównie psychiatrom i samym beneficjantom, że nie wspomnę o tym w ilu służy za fundament.
Ja osobiście nigdy nic złego o tych kobietach nie mogłem powiedzieć. Co prawda nie mam jakiegoś doświadczenia w kontaktach z przedstawicielkami tego zawodu, nie licząc tych, które do takich aspirowały, ale nie mam nic przeciwko i nie uważam ewentualnych kontaktów tego typu za nic złego, niezależnie od strony, która bierze w nich udział. Najbardziej podoba mi się, że są szczere. Kiedy babcia/mama (niepotrzebne skreślić) mówi do dziewczyny żeby dobrze wyszła za mąż, najlepiej za lekarza (ostatnio niepopularne) albo prawnika, to przecież przedstawicieli tych zawodów nie cechuje nadmierna dobroć charakteru w porównaniu do, dajmy na to, bibliotekarza lub pracownika produkcji :) Wszystko w zasadzie sprowadza się do wspólnego mianownika, który rządzi światem. Różnica jest taka, że przedstawicielki najstarszego zawodu mają odwagę przełamać się na tyle, żeby powiedzieć otwarcie czego chcą, bez owijania w bawełnę jakimiś tandetnymi romantycznymi słówkami, nie zmuszając też do używania owych przez stronę przeciwną, bo sama zapłata w zupełności im wystarczy. No i jak tu ich nie szanować w czasach kiedy szczerość jest na wagę złota ? :) 

Składniki:
- 2 szklanki mąki
- pół szklanki wody
- 1/4 kostki margaryny

- pół paczki makaronu Lubella Pełne Ziarno Spaghetti
- koncentrat pomidorowy
- czosnek granulowany
- chilli
- opakowanie zielonych oliwek
- olej


Wykonanie:
Margarynę, mąkę i wodę ugniatamy razem i odstawiamy tak powstałe ciasto do lodówki na godzinę.
Makaron gotujemy według opisu na opakowaniu. Z koncentratu i małej ilości wody robimy sos. Dodajemy trochę oleju, żeby sos był dość tłusty co spowoduje, że nie będzie nam wysychał podczas pieczenia. Dodajemy oliwki i doprawiamy za pomocą czosnku i chilli. Mieszamy z ugotowanym makaronem.
Formę do tarty wykładamy ciastem i wkładamy do nagrzanego na poziomie 200 stopni Celsjusza piekarnika na około 15 minut. Wlewamy do formy nasze spaghetti i pieczemy jeszcze 10 minut.


Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu


czwartek, 12 października 2017

Yakisoba pan

Co do tego kto wymyślił makaron zdania są podzielone, bo o pierwszeństwo kłócą się Chińczycy i Koreańczycy. Pewne jest natomiast, że było to kilka tysięcy lat przed naszą erą, jak i to, że kilkaset lat po jej rozpoczęciu trafił on do Japonii, która szczyci się tym, że go dopracowała. Tak w istocie jest, gdyż makaron, który znamy jest bliższy właśnie temu japońskiemu. 
W każdym razie taka forma mąki z wodą spodobała im się tak bardzo, że podawali go w różnych formach, w tym smażoną. Dodatki bywały różne. I tak to było 1500 lat, aż w latach 50-tych poprzedniego stulecia, kiedy zaczęła się era ludzi żyjących w ciągłym biegu, a gotowe dania i uliczne jedzenie stopniowo zaczęły wypierać jedzenie gotowane w domu, wymyślono taką formę, aby można było ją zjeść na ulicy, nie marnując czasu na siedzenie przy stole.
Smażony makaron wsadzono w bułkę, zresztą bardzo typowy dodatek dla kuchni wietnamskiej.
Przepis specjalnie na konkurs.Podaję przepis bardzo podstawowy (kryzysowy), ale co tam dorzucicie, to już Wasza sprawa.

Składniki:
- makaron Lubella Pełne Ziarno Spaghetti
- kiełki
- coś co zrobi nam za sos - może to być musztarda, ketchup, starte jabłka, sos sojowy, a nawet przyprawa do zup - spotyka się różne wersje
- długa bułka

Wykonanie:
Makaron gotujemy. Jak chcemy możemy sobie go połamać na pół.
Na dużej ilości oleju podsmażamy kiełki. Dodajemy makaron i krótko smażymy. Dodajemy nasz ulubiony sos i jeszcze chwilę smażymy ciągle mieszając. 
Bułkę rozkrajamy na pół i umieszczamy w niej makaron.



Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu