wtorek, 24 kwietnia 2018

Creste di gallo z pesto brokułowym i dziki targ staroci

Jakiś czas temu, tutaj, pisałem Wam o największym w województwie śląskim targu staroci w Bytomiu. Może jest największy, ale nie najciekawszy. Najciekawszy znajduje się po drugiej stronie rzeki Brynicy (miejscowi wiedzą o co chodzi ;) ), tuż w okolicy zamku, który jest częścią systemu fortyfikacji zbudowanych przez, słynnego ostatnio, Kazimierza Wielkiego. Oczywiście nie bezpośrednio, bo miał od tego ludzi :) Odbywa się co sobotę, zakładając, że pogoda na to zezwala.
Co jest w nim takiego ciekawego? To, że jest on wynikiem oddolnej samoorganizacji i jest inicjatywą czysto obywatelską. Możnaby rzec na granicy legalności, póki co jeszcze niespecjalnie niepokojoną przez poborców. Tutaj nie ma dużych graczy, handlujących drogimi antykami. Tu można znaleźć niemal wszystko co tylko wpadnie w ręce. Tutaj nie ma komandosów i "Niemców", właściwie tylko drobni ciułacze i hobbyści.

Rozmowy równie ciekawe. Na przykład mi się zdarzyło podsłuchać porady kulinarne:
- bigos, to tak prawidłowo, robi się ze wszystkiego
- tak, wszystkiego co się nawinie
- no ja też dodaję czasem wina

Wszystko odbywa się w okolicy legalnie działającego, ogrodzonego płotem targu, na którym dwa razy w tygodniu można kupić ubrania, meble, narzędzia czy warzywa. Całość zaczyna się na placu przed wejściem.


Potem idziemy wzdłuż wału rzecznego przy Czarnej Przemszy.




Aż dochodzimy do, moim zdaniem najciekawszego miejsca, bo targowiska w lesie. Może nie jest to jakiś gęsty las, a bardziej zagajnik, ale i tak ciekawie.


Inny plac z drugiej strony targu też nie może się zmarnować :)


Nieunormowany handel ma też minusy. Nie polecam tego miejsca ludziom wrażliwym i o słabych nerwach, a to ze względu na handel żywymi zwierzętami, który się tu odbywa, a konkretnie chodzi o sposób. Chociaż z drugiej strony eliminując podwójne standardy to przy społecznej akceptacji sposobu pozyskiwania jajek z pieczątką numer 3, to i tu nie powinno być problemu.

Na targu staroci kupiłem tylko książkę z anegdotkami dotyczącymi życia markiza de Sade, ale na targowisku obok można bardzo tanio kupić warzywa i owoce, zwłaszcza jak się przyjdzie później i zaczynają się promocje i negocjacje. Za to wszystko czyli, cukinie, młoda kapustę, młodego kalafiora, kilogram białych grejpfrutów, 2 brokuły, pęczek rzodkiewki i granata dałem ok 15 zł.


Z brokuła postanowiłem zrobić coś, co jadłem kiedyś w azjatyckim barze w Garwolinie, który słynie głownie ze szpitala psyhiatrycznego dla nieletnich o wysokim rygorze, używając do tego oryginalnej nazwy makaronu, żeby danie sprawiało wrażenie ekskluzywnego.

Składniki:
- makaron grzebienie koguta
- brokuł
- czosnek (może być w proszku)
- olej


Wykonanie:
Brokuł gotujemy w wodzie lub na parze do miękkości. Rozgniatamy z małą ilością oleju i dodajemy czosnku. Mieszamy z ugotowanym makaronem.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Grillowane pieczarki po francusku

Pieczarki, jak każde grzyby zyskują bardzo ciekawy aromat po obróbce termicznej, do tego są najtańszymi jadalnymi przedstawicielami swojego królestwa. Przypisuje im się nawet zawartość witaminy B12. W każdym razie są tak dobre, że smakują nawet bez dodatków, najlepiej niepokrojone, gdzie taki sposób podawania zalecam co do wszystkich grzybów. Oczywiście w miarę rozsądku (chodzi mi o wielkość kapeluszy). Sezon grillowy w pełni, więc postanowiłem to wykorzystać.
Kiedy byłem we Francji jadłem sałatkę z surowych pieczarek, soku z cytryny i pietruszki. W ten sposób delikatnie podkręciłem moje danie. Najlepsze w towarzystwie upieczonych na grillu, w folii aluminiowej ziemniaków. Ja spróbowałem upiec fioletowe, które dostałem po promocyjnej cenie 1,50zł, ale nie był to najlepszy wybór, akurat do pieczenia. 

Składniki:
- pieczarki
- olej
- czosnek granulowany
- cytryna
- natka pietruszki


Wykonanie:
Pieczarki myjemy i smarujemy delikatnie olejem pomieszanym z czosnkiem. Po ugrillowaniu podajemy skropione sokiem z cytryny i posypane pociętą natką pietruszki.


Pieczarkowy Tydzień 2018

sobota, 14 kwietnia 2018

Khichdi

Ostatnio zupełnie przez przypadek wpadł mi w ręce, a ściślej rzecz biorąc w oko, wpadł mi przepis na bardzo stare danie, które urzekło mnie swą prostotą, a przede wszystkim stosunkiem jakości do ceny. Europejczycy ze swoim eurocentryzmem powiedzieliby, że to takie indyjskie risotto, tyle, że w Azji jedli ryż na długo przed nami :) Prawda jest taka, że to właśnie khidchi rozprzestrzeniło się po świecie, doczekując wielu modyfikacji.
Pierwsze znane wzmianki na temat tej potrawy pochodzą co prawda już z roku 300 p. n. e. z wspominane przez indyjskiego filozofa चाणक्य) natomiast mnie najbardziej zainteresowała relacja marokańskiego podróżnika uznawanego za jednego z najważniejszych geografów późnego średniowiecza o nazwisku Abu Abdallah Muhammad Ibn Battuta (1304-1377), który opisywał to danie jako pokarm ubogich.
Co jeszcze ciekawego jest w tym daniu? że jego opcje są niemal nieograniczone :)

Składniki:
- ryż
- czerwona soczewica
- ziemniaki
- kolendra
- kurkuma


Wykonanie:
Ziemniaki kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy soczewicę, ryż i przyprawy i jeszcze chwilę podsmażamy. Dolewamy trochę wody, cały czas mieszając, aż zostanie wchłonięta. Zabieg powtarzamy kilkukrotnie do czasu aż wszystko będzie miękkie.




Kuchnia indyjska 2018


niedziela, 8 kwietnia 2018

Aloo paratha i targ staroci

Tak zwane "targi staroci", bo ściślej rzecz ujmując, są to targi prawie wszystkiego, odwiedzam bardzo często. Głównie dlatego, że mogę tam dostać coś, czego dostanie w sklepie jest bardzo trudne. Nie, nie chodzi mi o towary, które są nielegalne :) Chodzi mi o takie, które jakiś czas temu wyszły z obiegu, a sprzedawcy na aukcjach internetowych liczą sobie za to krocie. Często trafiam tam ciekawe książki kucharskie z poprzedniej epoki, które uczyły ludzi jak sobie radzić w sytuacji ograniczonych zasobów.
To nie jedyny powód. Podoba mi się klimat. Abstrahując od tego, że to jest w ogóle miejsce, na podstawie którego można napisać pracę doktorską z socjologii, o czym wspomnę trochę później, to tu jest prawdziwe życie. Moja ulubiona część handlarzy, przychodzi tam w dużej mierze w celach towarzyskich. Tu mogą się spotkać z podobnymi sobie, porozmawiać i, co jest normalne w tej części świata, bo jest częścią naszej kultury, a na czym rząd próbuje teraz zarobić pieniądze, napić się wspólnie alkoholu :) Rozmowy też bywają tu ciekawe, główne tematy to historia, polityka i szeroko pojęte życie, a życie to oni znają. Bywają na tyle głośne, że można wziąć w nich udział :)

Główny podział sprzedających, z punktu widzenia kupującego to:
  • wyspecjalizowani handlarze
  • drobni ciułacze (uprzedzając kontrowersje o braku szacunku itp., jest to określenie ekonomiczne)
Tych pierwszych łatwo poznać po tym, że na swoich stoiskach mają rzeczy jednego rodzaju, np. meble, porcelanę, antyki. Osobiście nigdy nic od nich nie kupiłem, chyba, że od księgarzy :) Nie znam się na cenach antyków, ale znam się na cenach rzeczy które sam często kupuję i u nich są mocno zawyżone. Oczywiście, głównie w przypadku militariów, kiedy wykażemy się znajomością tematu, możemy kupić rzecz po normalnej cenie rynkowej. 
Drudzy mają wszystko co się da :) Tu z kolei często ceny są zaniżone, bo czasem nie mają pojęcia o tym jakiej wartości są ich rzeczy, a poza tym kwestia zarobku nie jest dla nich tak istotna jak dla pierwszych.

Najważniejsze grupy kupujących to:
  • handlarze - kupują żeby później odsprzedać
  • hobbyści - szukają konkretnych rzeczy, głównie u drobnych ciułaczy
  • apacze - od polskiego "a patrze tylko" :)
Oczywiście kryteria podziału są jeszcze inne, np. z ciekawszych grup są np. "Niemcy" - celowo w cudzysłowie, bo to mieszkający na terenie RFN ludzie, którzy rozmawiają z handlarzami swoim niedoskonałym niemieckim, aby być poważniej traktowanym. W mojej ocenie jest to bez sensu, bo z Niemców się więcej zdziera :) Drugą poważną grupą są "komandosi". Tu również cudzysłów nie jest przypadkowy, bo są to ubrani w ciuchy militarne ludzie, niejednokrotnie z dodatkowym rynsztunkiem i zasadzonym za pasem nożem. 
Wczoraj byłem na Bytomskim Jarmarku Staroci, który jest w każdą pierwszą sobotę miesiąca. Jest to największa tego typu impreza na Śląsku i jedna z większych w Polsce. Co za tym idzie należy tam pojechać stosunkowo wcześniej, żeby w ogóle udało się zaparkować względnie blisko. Ostatnio się w tej kwestii trochę poprawiło, bo zorganizowano parking, na skarpie powstałej po kopalnianej hałdzie. 


Większość osób zaczyna zakupy od głównego placu, ale ja zawsze kieruję się na tył od strony hali sportowej Skarpa. Tam jest najwięcej handlarzy, którzy mnie interesują. 


Następnie idziemy na mały plac. Tu dominują handlarze antyków, ale jakiś drobny też się trafi. Najlepsze miejsce dopiero przed nami. Jest nim droga :)


Droga to przejście pomiędzy jednym placem a drugim, tam drobni handlarze, na swoich kocach mają czasem prawdziwe skarby. Oczywiście co dla jednego będzie skarbem, dla drugiego śmieciem, ale hobbyści znajdą tu często coś dla siebie, po dobrej cenie. To jest miejsce znawców :)


Droga prowadzi nas do głównego placu. W mojej ocenie, najmniej ciekawego miejsca, w którym sam, osobiście, kupiłem chyba tylko książki. Plac główny jest wielkości boiska piłkarskiego i należy głównie do największych graczy, a co za tym idzie, przepływają tam największe pieniądze :)

Każda szanująca się impreza musi być wsparta punktami gastronomicznymi, dlatego tak jak w przypadku Wszystkich Świętych, gdzie pod cmentarzem możemy kupić nawet żelki i watę cukrową, tak i tu znajdziemy punkty z małą gastronomią. Głównie kanapki, szaszłyki, kiełbasa i grochówka. Z racji tego, że obejście wszystkich punktów zajmuje mi zwykle ok 4 godzin, zawsze mam ze sobą jakiś prowiant. W tym wypadku kawę w termosie i aloo paratha :)

Składniki:
- mąka
- olej
- ziemniaki
- kmin rzymski
- chilli


Wykonanie:
Ziemniaki gotujemy i gnieciemy dosypując przypraw wedle uznania.
Do mąki dodajemy trochę oleju oraz wody i wyrabiamy jednolite ciasto. Odrywamy po dwa małe kawałki, które wałkujemy, aby uzyskać płaskie kółka. Na jedną część kładziemy trochę farszu ziemniaczanego, przykrywamy drugą częścią i sklejamy. 
Smarujemy delikatnie olejem i smażymy na patelni.

Kuchnia indyjska 2018


poniedziałek, 26 marca 2018

Naleśniki z pastą sezamowo-groszkową i kryzysowe Morskie Oko

Pierwszy dzień wiosny, formalnie, mamy już za sobą, ale poza próbującymi się wybić źródłami szafranu nic na to wskazuje, tym bardziej w górach. Dlatego jeśli nie chcecie urządzać sobie ekstremalnych wycieczek to polecam szczyt Radhost w Beskidzie Śląsko-Morawskim. Zasadniczo podejście jest tak łatwe i tak uregulowane, że na dobrą sprawę możecie tam nawet pchać wózek. Aczkolwiek o tej porze roku, może tam porządnie zawiać :)

Na szczyt prowadzi szlak niebieski z miejscowości Pustevny. Jak przyjedziecie odpowiednio wcześnie, to możecie się załapać na mały darmowy parking. Za inne, z tego co widziałem trzeba płacić. Jak już pisałem, latem, ten szlak byłby bardzo nudny bo zasadniczo ciągnie się wzdłuż normalnej drogi. Zimą, a zwłaszcza wtedy gdy temperatura się waha, jest ona jednak pokryta zmarzniętym śniegiem, co w przypadku braku raczków, może nieco utrudnić.
W zasadzie to mamy dwie trasy, turystyczna - na przełaj i drogą - na około, które w większości się pokrywają. Przy pierwszym rozjeździe mamy takie punkt widokowy, który już sam w sobie jest urokliwy.


Idąc dalej przez las spotykamy pomnik boga Radegasta, szerszej publiczności znanego ze złotego trunku nad jakim obrał patronat.
Pomnik stoi tu nieprzypadkowo, gdyż góra była miejscem przedchrześcijańskiego kultu.
Postanowiono o tym przypomnieć przed wojną, tym bardziej, że sytuacja polityczna była wyjątkowo sprzyjająca. Mianowicie, w przeciwieństwie do Polski, gdzie to głównie papież potępił zrywy powstańcze przeciwko zaborcom, czechosłowaccy biskupi stali po stronie Habsburgów, wiec jak tylko Czechosłowacja odzyskała niepodległość, postanowiła wytępić kościół jako symbol austriackiego najeźdźcy. Bardzo popularne stało się wtedy hasło "Precz do Rzymu". W praktyce oznaczało to przerywanie mszy, niszczenie pomników, a nawet rękoczyny.
W każdym razie pomnik jest jedną z głównych atrakcji w tym regionie.


Idąc dalej polecam się rozglądać, bo zbaczając trochę z trasy narażamy się na wspaniałe widoki.


Szczyt, jak to szczyt, jest nieosłonięty, więc pomimo tego, że był tylko jeden stopień Celsjusza poniżej zera, temperatura odczuwalna była znacznie niższa. 


Na szczęście jest tam porządne schronisko. 



Ciekawostką jest ścieżka do chodzenia na boso. Czynna cały rok :)


Jakby ktoś był wyjątkowo ciepło ubrany, to nawet może się opalać. Pamiętajcie, w górach opalamy się szybciej :)



Chyba nie muszę pisać co takiego zamówiłem do picia będąc na górze Radegasta? :) Tak, bo piwo musi być gorzkie. Już wystarczy, że musiałem po drodze pić słodką kawę, kiedy Tomek obiecał, że weźmie do termosu dobrą, świeżo mieloną, kubańską kawę i ... dosypał do niej cukru!!!
Stare przysłowie głosi - Nie niszczy się kawy cukrem, a miłości małżeństwem :)

Przegryzłem też własny prowiant. Jako że trwa maslenica (dla niewtajemniczonych, stary zwyczaj, który praktykuje się tydzień przed i tydzień po wiosennej równonocy, podczas której jemy dużo naleśników w sposób, powiedziałbym- nieumiarkowany) padło na naleśniki. Choć tak samo jak wiele osób szuka sobie okazji żeby się upić, tak ja bardzo lubię naleśniki i każda okazja do ich jedzenia jest dobra. Ostatnio padły głosy na moim profilu, że lepiej na słono, w sensie wytrawne. Tak też zrobiłem:) Połączenie smaków w farszu dobrane zgodnie z nauką food pairing :)
Temperatura pozwala na noszenie ze sobą wysokobiałkowych "mokrych" pokarmów.

Składniki:
- mąka
- woda
- sezam
- groszek konserwowy
- ogórki kiszone


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażymy naleśniki.
Sezam miksujemy na pastę. Dodajemy groszek i dalej miksujemy. Dobre proporcje to tak 1:1.
Smarujemy naleśniki pastą, kładziemy pokrojone w paski ogórki kiszone i zawijamy.

To nie koniec atrakcji! Po drugiej stronie miejscowości Pustevny jest Morskie Oko. To prawdziwa nazwa, a nie potoczna. Koniecznie trzeba je zobaczyć! Po drodze mijamy elementy sztuki ludowej inspirowanej popkulturą :)


Do Morskiego Oka prowadzi szlak czerwony. Patrząc na mapę na parkingu łatwo się pomylić. My poszliśmy zielonym. Dopiero napotkany wędrowiec wskazał nam właściwa, równoległą drogę. Jako, że była położona niżej, poszliśmy na przełaj przez las.
Sama droga wprost wspaniała. Nie ma na niej niedzielnych specjalistów od himalaizmu, w strojach wartości wyższej niż moja wypłata, specjalnie przeznaczonych do chodzenia po asfalcie, nie ma górali zarzynających koni w pogoni za dutkami. W zasadzie to, jak widzicie, niczego nie ma :) I o to właśnie chodzi!


W końcu ostatni punkt wycieczki. Morskie Oko. Powiedzcie czy nie ładnie? Latem można tam podziwiać trzy gatunki górskich traszek, ale zimą jak widzicie też jest ciekawie :)


poniedziałek, 19 marca 2018

Niehandlowa niedziela? Może spacer w chmurach i naleśnik z domową "nutellą"

Istnieje bardzo duża grupa ludzi, którzy nie wyobrażają sobie niedzieli bez niedzielnego spaceru. Najlepiej gdyby ten spacer był w centrum kulturalno-towarzyskim miasta, gdzie zbiera się cała śmietanka, a my też tam musimy być, aby nie wypaść z obiegu niczym Droński w operze.
Dlatego jeśli nie macie co ze sobą zrobić podczas gdy galerie handlowe są zamknięte, polecam spacer w chmurach :)

Ośrodek Bachledka bez trudu znajdziecie na mapie. Co prawda będziecie musieli przejechać przez znienawidzoną "zakopiankę", ale trudno. Wyciągi były zamknięte co zasmuciło sporo osób, tym bardziej, że na szlaku było sporo śniegu. Schodząc podziwiałem odwagę nawet nie tyle tych co szli tam w pantoflach czy trzewikach, ale najbardziej tych, którzy szli w sneakersach i nogawkami pinroll odsłaniających kostkę :)


Sam deptak jest dość widowiskowa, muszę przyznać, zwłaszcza o tej porze roku.


Od czasu do czasu są drobne elementy, które mają podnieść poziom adrenaliny :)


Po drodze możemy spotkać różne ciekawe krystaliczne formy, stale się odradzające :)


Deptak kończy się spiralną wieżą, z której mamy lepszy widok na okolicę plus kilka dodatkowych atrakcji.


Jedną z nich jest zjeżdżalnia, obecnie nieczynna :)


Jedzenie najlepiej smakuje na dużej wysokości :) Jako, że było zimno, a co za tym idzie zapotrzebowanie kaloryczne było wyższe oraz, z racji tego, że zaczęła się maslenica (taki zwyczaj praktywany na tych ziemiach z okazji nadejścia wiosny), tylko mówię o tej właściwej dacie, wybór padł na słodkie naleśniki. Po co płacić za niezdrowe kremy czekoladowe, jak można zrobić alternatywę :)
Kawałek mapy ktoś ukradł, bo była z dobrej stali :)

Składniki:
- mąka
- woda
- powidła śliwkowe
- kakao
- banany, oczywiście przejrzałe :)


Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażymy naleśniki.
Powidła mieszamy z kakao.  
Smarujemy tą mieszaniną połowę naleśnika i kładziemy plasterki bananów. Składamy na pół, a potem jeszcze raz na pół w tzw. chusteczkę.

Na samej górze jest dodatkowa atrakcja, a mianowicie dach wieży z elastycznej siatki. Sprawa jest o tyle utrudniona, że oka siatki są dość spore i bardzo trudno utrzymać równowagę.
Pogoda może i nie była idealna, ale widoki przednie. Następnym razem pojadę wiosną dla porównania.


piątek, 16 marca 2018

Zupa w kostkach

Danie, które zostało zainspirowane, pewnym przysmakiem z okolic basenu Morza Śródziemnego. Co prawda w swoich interpretacjach idę czasem bardzo daleko, ale gdybym je nazwał tak samo jak ten zagęszczony kisiel w kostkach to już by było za daleko :)
W każdym razie udało się uzyskać coś z pogranicza kuchni molekularnej, co prawda nie jest to tak widowiskowe jak przygotowywanie dań za pomocą ciekłego azotu, ale okazuje się, że dużo starsze metody też swoje potrafią.
Idealne na wycieczkę, kiedy chcecie zjeść zupę, ale nie macie jej w co zabrać.

Składniki:
- groszek w puszkach
- mąka kukurydziana


Groszek miksujemy razem z zalewą i dodajemy trochę wody. Doprawiamy ulubionymi przyprawami i dodajemy mąkę kukurydzianą w ilości 4 łyżki na szklankę płynu. Tak powstałą masę wlewamy do foremki i podpiekamy krótko w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, do momentu aż stwardnieje.

środa, 7 marca 2018

Szkockie tattie scones

Za niezbyt wielką wodą, która jednak okazała się przeszkodą nie do sforsowania dla niemieckich wojsk, jest taki kraj Szkocja, który jest określany przez jednego ze swoich obywateli jako ten, który upadł tak nisko, że pomimo odparcia Rzymian, nie mógł nawet zostać podbity przez jakiś porządny naród :) Złośliwi twierdzą, że to dlatego pomagali, wynalazcom obozów koncentracyjnych, Anglikom w walce ze zbuntowanymi Irlandczykami. Inni złośliwi twierdzą, że chodzą tam w spódniczkach podczas gdy są to kilty. 
W każdym razie, między innymi za sprawą Mela Gibsona, każdy zna pewnie jakiegoś szkota tudzież dokonania takowych czyli największe narzędzie propagandowe czytaj telewizor :)
Kuchnia szkocka to nie jest jakiś szczyt finezji, o czym świadczy smażony batonik Mars z ketchupem, ale ma wszystkie cechy kuchni, którą promuje na tym blogu. Prosto i co najważniejsze TANIO. Panuje powszechne przekonanie, że Poznaniacy i Szkoci mają ze sobą wiele wspólnego, co ma prawdopodobnie swoje korzenie już w XVI wieku, kiedy to całkiem spora szkocka społeczność mieszkała na terenie tego miasta. Widać to też w wykorzystaniu ziemniaków w kuchni :)
W przepisie zachowałem oryginalną nazwę. Tattie to po szkocku po prostu ziemniak, natomiast scones jest już trudniejsze do przetłumaczenia. Translator twierdzi, że to bułeczki, ale to coś raczej pomiędzy bułkami, a plackami.

Składniki:
- ziemniaki
- mąka
- margaryna (opcjonalnie)


Wykonanie:
Ziemniaki gotujemy i przeciskamy przez prasę tudzież czymś gnieciemy np. za pomocą "Kartoffelstampfer" :) Dodajemy mąki, najlepiej tyle, żeby ciasto było w miarę zwarte i trochę tłuszczu, żeby nie było za twarde. Zasada taka. Mało mąki, mało tłuszczu.
Generalnie scones powinny mieć kształt trójkąta. Możecie sobie rozwałkować na prostokąt i pociąć, ale ja lubię wykorzystać kształt garnka. Umieszczam ciasto na dnie i kroje na 4 równe kawałki.
Idealnie by było jakbyście to smażyli na blaszce, ale jak upieczecie lub usmażycie na patelni z olejem, tak jak ja, to też się nic nie stanie :)


Kuchnia Szkocka

wtorek, 27 lutego 2018

Patatas bravas

Kiedy tylko ludzie nauczyli się rozróżniać zjawiska atmosferyczne, zaczęli też dostrzegać potęgę w nich zawartą i wznosić je do poziomu sacrum. Następnie, zaczęto przyporządkowywać tym zjawiskom osobę odpowiedzialną za nie, do której można było się bezpośrednio zwrócić. Czasem trzeba było złożyć materialną ofiarę. Niektórzy, jak znani z filmów Indianie, tańczyli. Tradycja takich zachowań jest w człowieku zakorzeniona tak głęboko jak pociąg do tłustego jedzenia. Stąd i w XXI również można sobie wrzucić modlitwę o deszcz do porządku obrad sejmowych.
Co łączy te wszystkie metody? W przeciwieństwie do takiej, która polega na rozpylaniu związków srebra, nie ma dowodów na to, że one działają. W związku z tym, korzystając z wypracowanego przez ludzkość pluralizmu, mogę sobie również użyć własnej metody o równym stopniu skuteczności.
W tym celu użyłem potrawy z ciepłej Hiszpanii, podając ją w formie typowej dla sezonu letniego, kiedy odnotowuje się wzmożony popyt na węgiel drzewny. Sos też nie jest przypadkowy, gdyż do jego wytworzenia użyłem nasion, w których według wierzeń przechowywana jest energia słoneczna.
Myślicie, że pomoże ?

Składniki:
- ziemniaki
- pieczarki
- słonecznik
- chilli
- czosnek granulowany
- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:
Zaczniemy od sosu. Wyłuskane nasiona słonecznika zalewamy wrzątkiem i zostawiamy na co najmniej godzinę. Odlewamy wodę i miksujemy, od czasu do czasu dolewając trochę wody, aby regulować gęstość sosu. Mieszamy z koncentratem i przyprawami wedle uznania.
Ziemniaki obieramy i kroimy w cząstki. Nabijamy je na patyki niczym dzierzba robala, najlepiej na przemian z pieczarkami, żeby nie było nudno, choć oryginalny przepis nie zakłada ani badyli, ani grzybów. Pozwoliłem sobie tu trochę na odrobinę finezji :)
Najlepiej jakby zostało to usmażone, ale jak upieczecie, tak jak ja, to też się nic nie stanie.
Podajemy z sosem.

czwartek, 22 lutego 2018

Jak zrobić Bukkake (meshi)

Ponad tydzień temu mieliśmy dzień patrona obłąkanych, który popkultura przytuliła do siebie i nadała mu znaczenie dnia zakochanych, co w praktyce oznacza dzień konsumenta.
Tak jak głupie jest pamiętanie o zmarłych tylko w święta zmarłych, tak samo głupie byłoby celebrowanie swojego ewentualnego uczucia do drugiej osoby tylko w tzw. "Walentynki".
Dlatego dobrze jest przygotować czasem coś ciekawego dla swojej drugiej połówki, powiedzmy, bez okazji. Nie ma nic gorszego niż rutyna, która ostatecznie doprowadza do nudy, dla tego eksperymentujcie. Takim ciekawym eksperymentem może być Bukkake. Założę się, że większość moich czytelników tego nie próbowała. Bukakke w języku japońskim oznacza nalewać na i na tej czynności będziemy się skupiać, będzie ona główną rzeczą którą będziecie wykonywać podczas Waszego romantycznego wieczora. No to na ten moment już wiecie, że będziecie nalewać coś na coś. Oczywiście bukkake nie musi być zarezerwowane tylko dla romantycznych wieczorów sam na sam. Człowiek jako zwierze stadne, co do zasady, lubi towarzystwo, dlatego zaproście znajomych. Im więcej tym lepiej :) Zawsze przy okazji takich czynności, które mają część wspólną, bardziej się integrujemy :) W tym wypadku wspólne będzie naczynie. 

Tym razem będzie ono w wersji meshi. Poprzednio robiłem w wersji soba o czym możecie przeczytać tutaj.

Składniki:
- ulubiony bulion
- ryż
- szczypiorek
- kapusta pekińska
- pieczarki


Wykonanie:
Pieczarki podsmażamy. Szczypiorek i kapustę drobno kroimy, a ryż gotujemy.
Na talerz kładziemy ryż, posypujemy go pieczarkami, szczypiorkiem i kapustą, a następnie polewamy talerze po kolei bulionem.
Co do zasady, bukkake je się zimne, dlatego je się je zazwyczaj latem, ale już pisałem, żeby żadne daty nas nie ograniczały :)